2 lata w Dolinie Krzemowej – podsumowanie

niedziela, 24.09.2017

Na początku września stuknęło nam dwa lata w Dolinie Krzemowej. Zadomowiliśmy się – a to dobry moment na podsumowanie. Do życia w Dolinie Krzemowej przyzwyczajaliśmy się przez rok. Zmieniło się wszystko: od klamki w drzwiach po napiwki w restauracji. Potem small talk. Później biurokracja. Do czego przyzwyczailiśmy się w Kalifornii i co się poprawiło?

Praca

Przez pierwszych kilka miesięcy wysłałam setki CV. Bez odzewu. Jeżeli ktoś oddzwonił albo nie przechodziłam do dalszego etapu rekrutacji albo był to bezpłatny staż w jakimś szemranym miejscu.

Porzuciłam karierę w rekrutacji, marzyła mi się praca content marketingu. Ale miałam zerowe doświadczenie. Po pół roku poszukiwań dałam sobie spokój. Nadeszły wakacje, road tripy i Burning Man.

O czwartej rano obudziła mnie wibracja telefonu. Był początek października zeszłego roku. Jesienne, zimne powietrze wpadało do sypialni. Podniosłam jedno oko do góry przykrywając się kołdrą. Sięgnęłam po telefon i przeczytałam nagłówek maila. Oferta pracy, od zaraz.

I stało się. Dostałam do ręki badge’a, którym od tamtej pory mogę codziennie odklinąć się przy drzwiach.

Praca marzeń? W zasadzie tak. SEO, pisanie tekstów, ustalanie wytycznych dla innych autorów. Warto było czekać? Jak najbardziej!

Ceny

Po dwóch latach przyzwyczailiśmy się do innego rozkładu cenowego. W Stanach panuje system odwrotny do polskiego, czyli drogie są usługi, a rzeczy – tanie. Nad Wisłą nowy laptop czy samochód są dużym wydatkiem, a usługi: dobry fryzjer, lekcje angielskiego, warsztaty i kursy są w miarę dostępne. W Stanach możemy sobie kupić i nowego iPhone’a i wersję samochodu z bieżącego roku, natomiast manicure, masaż leczniczy, lekcja jogi czy kurs języka obcego są koszmarnie, koszmarnie drogie.

W życiu codziennym, oprócz rachunków i czynszu to jedzenie drenuje nam kieszeń. Kosmetyki relatywnie nie są drogie i z kalifornijską pensją można sobie pozwolić na luksusowe marki. Prenumeraty magazynów i książki wychodzą tanio. Benzyna jest w przystępnej cenie, choć od momentu, kiedy przyjechaliśmy do teraz, zdrożała o połowę. Ceny benzyny różnią się od stanu do stanu i z moich obserwacji wynika, że w Kalifornii jest najdroższa.

Na początku ciężko nam było ocenić czy cena za dany produkt jest okazyjna czy wygórowana. W Stanach panuje zasada „Ile pan da”, więc koszula przy wejściu do sklepu kosztuje 40$, w środku sklepu 30$, a w głębi 15$. Ostatnio szukałam sandałów i ten sam model na Amazonie był 15 dolarów tańszy niż na stronie producenta.

Kalifornijczycy lubują się w byciu eko i nie chcą wyrzucać swoich sprzętów na śmietnik. Często są to wysokiej jakości elektronika lub meble, które wystawiane są na sprzedaż na Craigsliście (odpowiednik Gumtree). Tam za ułamek wyjściowej można kupić markowe rzeczy.

Kultura kupowania używanych rzeczy ma się dobrze. Część sklepów (consignment stores) prowadzona jest przez fundacje charytatywne. Dlatego kupowanie używanych rzeczy kojarzy się z dobrym uczynkiem.

Rozmowy o pieniądzach

Nie zdarzają się zbyt często, raczej komuś podczas small talka wymsknie się ile zarabia. Ale ogólnie nie ma problemu w zapytaniu przyjaciółki o zarobki na podobnym stanowisku. Zwłaszcza w momencie gdy chcemy zmienić pracę i chcemy się dowiedzieć jak stoi rynek płac.

Rozmowy o cenie domu czy wysokości wynajmu są na porządku dziennym – służą jako wskaźnik:  złapaliśmy okazję czy musimy sprzedać dom/zmienić wynajmowane mieszkanie.

Dieta

– Ile oni tam jedzą mięsa! – skarżył się jeden z naszych znajomych, gdy po dwóch tygodniach wrócił z Berlina. – Wszędzie wurst. Nie mogłem tego przejeść.

Kiwnęłam głową ze zrozumieniem.

W Kalifornii głównie sięgniemy po warzywa i owoce, a zwłaszcza po awokado, które tutaj można wyjadać łyżeczką. Awokado może zostać zaangażowane do roli głównego dania (np. ryż, pomidor, jajka sadzone, awokado i pietruszka, całość skropiona kilkoma kroplami limonki lub cytryny), ale też może dostać rolę drugo- lub trzecioplanową jako dodatek.

Ale nie zawsze było tak kolorowo. Na samym początku ciężko było mi tutaj cokolwiek zjeść. Mój żołądek, przyzwyczajony do polskich, delikatnych smaków, protestował. Przez dobre pół roku. Każda potrawa była za ostra i zbyt tłusta. Nad ostrością pracuję nieustająco i muszę przyznać, że postępy są zauważalne. Smażonych potraw unikam.

Kalifornia kuchnią świata stoi, więc do naszego jadłospisu wkradło się kilka nowych przepisów. Od czasu do czasu próbujemy też czegoś nowego i dość często wpadamy w zachwyt nad nowym połączeniem smaków. Kuchnia żydowska, pełna warzyw przyrządzonych na każdy sposób, wyjątkowo przypadła mi do  gustu.

Więc jeżeli będziecie mieli okazję zawitać w ten zakątek świata, koniecznie spróbujcie tutejszych warzyw, tutejszego steka (kalifornijski specjał to tri tip) i azjatyckich dobroci.

Ruch samochodowy

Wyobraźcie sobie pięciopasmową autostradę.

Na każdym pasie, zderzak w zderzak, pędzą samochody ponad 100 km/h.

Odstęp między samochodem przed Wami, a za Wami to mniej niż kilka metrów.

I w tym wszystkim wyprzedza Was ciężarówka, a obok pick-up zmienia pas.

Google Maps krzyczy „Zjedź najbliższym zjazdem.” Trzeba zmienić cztery pasy. I co teraz?

Przez pierwszy rok sytuacja na drodze dokładnie tak wyglądała. Dodać należy, że w Dolinie Krzemowej na autostradach jest dużo zjazdów i wjazdów, które mają inny układ niż w Polsce. Często zjazd jest też wjazdem, więc samochody jednocześnie zjeżdżają i wjeżdżają. Czasami ze 100 km/h nagle hamowaliśmy do zera. Na szczęście przyzwyczailiśmy się do tutejszego stylu jazdy i oznakowań na drodze, ale ile naklęliśmy się to nasze.

W Dolinie Krzemowej żyje się wraz z rytmem godzin szczytu. Korki trwają mniej więcej od 7-9 i od 16-19. W każdą stronę. W związku z czym Szymon do pracy chodzi na piechotę, a ja dojeżdżam do San Jose, w stronę przeciwną niż korek. Tak ograliśmy system.

Przyzwyczailiśmy się do odległości. Już nikogo nie dziwi, że z San Jose do San Francisco w godzinach szczytu jedzie się ponad dwie godziny w jedną stronę. Tak jest i trzeba nauczyć się z tym żyć.

Uśmiechy vs. narzekanie

Mimowolnie zaczęłam się więcej uśmiechać.

Uśmiech ma nam ułatwić komunikację z drugą osobą. W Kalifornii często człowiek, z którym rozmawiasz mówi z niezrozumiałym akcentem. Więc co robimy? Uśmiechamy się i prosimy, żeby powtórzył jeszcze raz. Czasami działa to w drugą stronę i to ktoś nas nie rozumie. I co robi? Uśmiecha się i prosi, żebyśmy powtórzyli.

Osobiście lżej mi się funkcjonuje w życiu codziennym. Idąc do sklepu po bułkę czy bajgla wiem, że pan czy pani na kasie nie nakrzyczy na mnie z byle powodu, a jak mam problem np. czytnik nie chce przyjąć mojej karty to kasjer zawsze z uśmiechem mi pomoże.

Zwiększyłam ilość uśmiechów, zmniejszyłam narzekanie. Samo wyszło. Takie polskie utyskiwanie, po angielsku „to vent”, to po prostu upuszczenie ciśnienia. W małej dawce akceptowalne, przynajmniej wśród ludzi, których ja znam. Ale gdy nie masz zamiaru rozwiązać swojego problemu, po prostu nic nie mów. Natomiast takie „to complain” ma w sobie zamiar poprawienia sytuacji. Amerykańska efektywność: problem-> rozwiązanie.

Doceniam język polski

Rankiem w pracowniczej kuchni, przy ekspresie do kawy stała grupka osób, które mówiły w nieznanym dla mnie języku. Krótkie zdania padały z ust każdej z osób, dźwięki były ostre, ale uśmiechy i gesty serdeczne. Czekałam cierpliwie w kolejce po małą czarną i pomyślałam jak bardzo chciałabym móc tak swobodnie sobie pogadać.

Gdy tęskno mi za szeleszczącymi dźwiękami języka polskiego, po prostu włączam YouTube i puszczam sobie Cezarego Pazurę lub profesora Bralczyka. Albo oglądam polski film lub słucham polskiej muzyki.

A jakie granie w Wiedźmina jest przyjemne! Każde przekleństwo, każde słowo poprawnie zaakcentowane jest jak miód na uszy.

 

Powiem szczerze, że pierwszy rok był czasem dostosowawczym i nie powiedziałabym, że w Kalifornii wybitnie mi się podobało. Rozmawiałam z dużą ilością osób, nawet Amerykanów, na ten temat i okazuje się, że Złoty Stan nie zawsze jest łatwy do oswojenia w pierwszym momencie. Ale z czasem, gdy nauczyłam się funkcjonować w nowym świecie, okazało się, że to świetne miejsce. Z cudowną pogodą, z dużymi możliwościami i optymizmem. Drugi rok pobytu tutaj muszę zaliczyć do udanych.