Road trip po zachodnich Stanach cz.1- relacja

niedziela, 14.05.2017

7 dni, 2143 mil czyli 3448 kilometrów, 4 stany, 5 parków narodowych – tak wyglądał nasz road trip po zachodnich stanach USA. Jechaliśmy przez Yosemite – Mono Lake – Zion National Park – Lake Powell, Antelope Canyon, Horseshoe Bend – Monument Valley – Wielki Kanion – San Francisco Bay Area.

Większość czasu spaliśmy pod namiotem, bo to najtańsza forma noclegu w USA. Średnio dziennie w samochodzie spędzaliśmy około 6 godzin. Jak było? Wsiadajcie na przednie siedzenie. Jedziemy!

Yosemite latem, widać jak jest gorąco na zdjęciu

Road trip po zachodnich Stanach: dzień 1. San Francisco Bay Area – Yosemite – Mono Lake (Kalifornia)

6:30. Razem ze znajomymi zapakowaliśmy się w dwa samochody. Obydwa miały ponad 100 tys. mil na liczniku. Kierunek: Yosemite Valley. Kilka kilometrów za Doliną Krzemową nie widać już było siedzib firm technologicznych. Pędziliśmy przez płaski teren pełen sadów i pól uprawnych. Żar lał się z nieba, linia horyzontu pływała.

Jechaliśmy drogą 120 prowadzącą przez pogorzeliska pożaru w Yosemite z 2015 roku. Czarne kikuty drzew sterczały z płowej wysokiej trawy, niektóre zachowane w całości, inne złamane w połowie.

Tip: warto zatankować samochód zanim wjedziemy do Yosemite. Cena benzyny przed wjazdem do parku jest o 60-70 centów za galon niższa.

Słońce praży przez drzewa w Yosemite

Gdy dojechaliśmy do Yosemite Valley wybiło południe. Chcieliśmy zobaczyć wodospady Yosemite Falls i Brideveil Falls. Pisałam o nich w notce Yosemite. Zachwyćmy się! Gorąc uniemożliwiał odejście od wody.

0 16 wyruszyliśmy dalej drogą 120, która przebijała się przez pasmo górskie Sierra Nevada w kierunku Mono Lake. Szybko nabraliśmy wysokości dobijając do 3 tys. metrów nad poziomem morza. Na górze obowiązkowy stop na podziwianie widoków na Half Dome, Toulumne Meadows i okolicznych górskich jezior.

W oddali, na tle szarej skalnej scenerii i krystalicznych jezior, pląsali turyści.

Gdy podjechaliśmy w tamto miejsce, ludzie już zniknęli. Wysiedliśmy z samochodu, aby poszukać ławki na wieczorną lurę. Przeszyło nas górskie powietrze, więc włożyliśmy na siebie kolejne warstwy. Usiedliśmy na ławce i czekaliśmy na przyjaciół Ulę i Radka.

Coś bzyczało koło mojego ucha. Coś ukłuło mnie w czoło. Coś ugryzło Szymona. Komary.

Bez zastanowienia sięgnęłam po Repel 1000 – najlepszy środek na komary, jaki tutaj można dostać. Zagadka dzikich tańców rozwikłana.

Yosemite, krystaliczne jeziora przy drodze 120

Przed nami jeszcze jakaś godzina drogi na drugą stronę gór Sierra Nevada do Mono Lake.

Gdy dojechaliśmy na kamping Oh Ridge! w June Lake Loop było już po 22. Rozpaliliśmy ognisko, komórki bez zasięgu wrzuciliśmy gdzieś głęboko do toreb, rozbiliśmy namiot i włożyliśmy całe jedzenie oraz kosmetyki do specjalnych metalowych skrzyń anty-niedźwiedziowych. O niedźwiedziach pisałam tutaj pod koniec notki: Yosemite. Zachwyćmy się! Aktywny dzień dobiegł końca.

UWAGA: droga 120 jest zamknięta od października od maja. Aktualne warunki na drodze sprawdź tutaj: https://www.nps.gov/yose/planyourvisit/conditions.htm

Road trip po zachodnich Stanach: dzień 2. Mono Lake (Kalifornia) – Columbus Lake (Nevada) – Strefa 51 (Nevada) – Spring Valley State Park (Arizona)

Dzień spędziliśmy pod znakiem przeprawy z Kalifornii do Nevady. Przejazd trwał około 11 godzin bez większych przerw.

Zaczęliśmy od Mono Lake i kraterów otaczających jezioro. Najbliższy brzegu Krater Panum tuż przy brzegu jeziora można obejść dookoła. Do stożka prowadziła schowana szutrowa droga, więc trzeba było uważnie patrzeć za znakiem. Na Google Maps zaznaczyłam zjazd: Krater Panum. O tym miejscu pisałam w notce Po drugiej stronie Yosemite: Sierra Nevada i Mono Lake.

Pasmo kraterów Mono-Inyo, które otaczają Mono Lake to świeża sprawa, a zwłaszcza krater Panum, po którym spacerowaliśmy. Ma około 600-700 lat, a głównym składnikiem jego lawy jest krzem. I gdy chodziliśmy po krawędzi krateru, pod naszymi nogami błyszczały kamienie pełne minerałów z wnętrza Ziemi.

różowe kwiatki na stoku krateru Panum, Mono Lake

Pozostałe kratery podziwiliśmy już zza szyby samochodu. Na ich żwirowych stokach rosły małe, różowe kwiaty, które upodobały sobie to miejsce.

Droga 120 ciągnęła się przez płaskowyż, na którym dominowały wyblakłe łany traw uginające się od podmuchów wiatru. Pachniało suchym piaskiem i kurzem.

UWAGA: Droga 120 jest zamknięta od października do maja. Aktualne warunki na drodze sprawdź tutaj: https://www.nps.gov/yose/planyourvisit/conditions.htm

Na skrzyżowaniu w Benton skręciliśmy w lewo i wjechaliśmy na autostradę numer 6. Po mojej prawej stronie piętrzyły się czterotysięczne szczyty Sierra Nevady. A po mojej lewej rozlewała się pustynia. Przestrzeń otulała nas z każdym przejechanym kilometrem.

Droga 120 przy skrzyżowaniu w Benton, wysokie szczyty Sierra Nevady

Krótki korek i moje chwilowe zamroczenie spowodowało, że zamiast pojechać prosto, skręciłam w prawo na jedynym skrzyżowaniu w promieniu 30 mil.  GPS poinformował nas, że dokładamy 45 minut drogi. Znaki drogowe informujące o numerze drogi zmieniły już logo, co oznaczało, że byliśmy w Nevadzie.

Było pusto. Droga 360 prowadziła przez jałowy krajobraz gór. Na poboczu stał znak informujący o fatamorganach. Włączyłam światła. Asfalt pływał. Samochody z naprzeciwka świeciły czterema reflektorami.

Po 30 milach na skrzyżowaniu wjechaliśmy na drogę 95 nazywaną Veterans Memorial Highway.

Po mojej prawej ręce zarysowała się na ziemi biała plama, a gdzieś dalej widać było białe szczyty Sierra Nevady. Szymon wyczuł „Photo opportunity”, więc zatrzymaliśmy się na najbliższym zjeździe. Trawa dalej uginała się od wiatru, który z co silniejszym podmuchem prawie mnie przewracał. Słońce oślepiało, nie sposób było ściągnąć z nosa okularów słonecznych. W powietrzu czułam nutę soli. Przed nami Columbus Salt Marsh, czyli wyschnięte tymczasowe jezioro nazywane playą. Sól kamienna osadzała się na dnie grzęzawiska, która z daleka wyglądała jak śnieg. Foto i jazda dalej.

Columbus Salt Marsh, w tle Sierra Nevada

Autostradą 95 dojeżdżaliśmy do miasteczka Tonopah, które w tym momencie utrzymuje się z moteli, ale kiedyś jego największym źródłem utrzymania była kopalnia srebra. Po żywej przeszłości pozostały tylko stare budynki saloonów.

I właśnie tam, w Tonopah skręciliśmy w drogę 375.

Na wjeździe stał znak z informacją, że następna stacja benzynowa oddalona była o 163 mile (262 km). Zatankuj bratku.

Żadnego budynku, żadnego człowieka, żadnego drzewa. Nie było zasięgu. Po głowie chodziły mi myśli „A co jeśli coś nam się stanie?” Z naprzeciwka nadjeżdżała ciężarówka.

Dalej na wschód prowadziła nas droga o kosmicznej nazwie Exaterrestrial. Witamy w Strefie 51.

Nevada to Las Vegas, Burning Man i tereny wojskowe amerykańskiej Air Force. Strefa 51, założona na pustyni, to idealna miejscówka ściśle tajne programy wojskowe. Dopiero w 2013 roku CIA oficjalnie potwierdziło istnienie Strefy 51. Wcześniej wszystko było spowite nutką tajemnicy, mimo że na zdjęciach satelitarnych jak byk widać było długi pas startowy koło jeziora Groom. Swoją drogą to najdłuższy pas startowy na świecie – 9,5 km. Klimat tajemnicy podsycały plotki o UFO, które rzekomo miało być trzymane w tej bazie.

Plotka posłużyła za to lokalnemu miasteczku Rachel, które dostarcza prawdziwie kosmicznych wrażeń.

Miejscowość Rachel w Nevadzie rysuje się już z daleka

Miejscowość widać było już z daleka – znajduje się przy prostym kawałku drogi (widać na zdjęciu po prawej stronie). Czas na postój.

Zatrzymaliśmy samochód, wyłączyliśmy silnik. Ogarnialiśmy się w środku. Klimatyzacja przestała działać dosłownie chwilę, a na naszych skroniach pojawiały się krople potu. Na zewnątrz czuć było zapach wznieconego kurzu. Skierowaliśmy do knajpy Little A’Lee’Inn. Przed budynkiem przypominającym rozpadający się barak siedziała grupa miejscowych w cieniu drzewa. Obserwowali.

Otworzyliśmy skrzypiące drzwi knajpy i weszliśmy do środka. Ciemność. Słychać było wentylator klimatyzacji, powietrze nasiąknięte było tłuszczem. Po kilku sekundach oczy doszły do siebie: nad barem, na suficie wisiały przyklejone jednodolarówki, w kącie budka z przepowiedniami z alienem, ściany przyozdobione były zdjęciami UFO. Usiedliśmy więc przy lepkim i zakruszonym stoliku i zamówiliśmy alien burgera. Wtedy do knajpy weszła dziewczyna przebrana za UFO.

zdjęcie ufo przed restauracją w Rachel

Na telefonie zaświeciły się dwie kreski zasięgu, więc najwyższy czas skontaktować się z Ulą i Radkiem. Zgubiliśmy ich gdzieś po drodze. To jedyne miejsce po drodze na postój, na pewno zatrzymają się tutaj.

Pojedzeni i odpoczęci wsiedliśmy z powrotem do samochodu. Po drodze minęliśmy znak Low Aircraft (samoloty nisko latają), ale w powietrzu nic się nie działo.

zdjęcie informujące o strefie 51

Po 11 godzinach jazdy Szymon przysypiał za kierownicą. Na nic nie zdaje się pół litra kawy, które popijał z papierowego kubka. Na kilka minut przed zachodem słońca dojechaliśmy na kamping Spring Valley State Park w Pioche. Na miejscu wszystko przygotowane: zagrabione stanowisko pod namiot, ławka z zadaszeniem, miejsce na ognisko. Był nawet i prysznic. A w nim – gorąca woda. Wróciliśmy do żywych.


W kolejnej części relacji o road tripie po zachodnich Stanach będziemy zwiedzać Zion National Park, Wielki Kanion, Antelope Canyon i Monument Valley. O części z nich pisałam w poprzednich notkach.

Specjalnie dla Was przygotowałam poradnik, w którym zebrałam odpowiedzi na nurtujące pytania przy organizowaniu wyprawy po Stanach. Poruszam takie tematy jak wybór odpowiedniego noclegu: kamper, a może namiot? A może hotel?

Piszę o tym, gdzie kupować w Stanach, jak zachowywać się na drodze, gdzie kupić kartę SIM. Opowiadam także ile kosztuje road trip po zachodnich Stanach. Jeżeli chcecie dowiedzieć się tego wszystkiego, zapiszcie się do newslettera!