Roadtrip po Kalifornii – najpięknieszy road trip część 1

wtorek, 22.08.2017

Roadtrip po Kalifornii, a w zasadzie jej północnej części to moja ulubiona wyprawa. Według mnie najpiękniejsza, najbardziej zapierająca dech w piersiach, najbardziej chwytająca za serce. Do tej pory pisałam o roadtripie na zachodnim wybrzeżu, z miejscami które każda szanująca się osoba powinna zobaczyć w USA, czyli Grand Canyon, Antelope Canyon, czy Las Vegas. Teraz zabieram Was na wyprawę zgoła inną. Będzie pięknie, obiecuję.

Kiedy: sierpień 2016

Trasa: Dolina Krzemowa – Kings Canyon – Death Valley – road 395 – June Lake Loop – Lake Tahoe – Lassen Volcanic Park – Dolina Krzemowa

*Wszystkie moje roadtripy mieszczą się w 10 dniach. Wiem, że sporo z Was przyjeżdża na właśnie tyle dni, więc moje propozycje to opcje wyciśnięcia z pobytu wszystkiego, co się da.*

Dzień 1. Dolina Krzemowa – Kings Canyon.

Był sierpień 2016, środek kalifornijskiej suszy, gdy z wypożyczoną trumną na dachu, zapakowani po sufit, wraz z dwójką naszych przyjaciół Ulą i Sebastianem jechaliśmy 80 mil na godzinę przez Dolinę Centralną w Kalifornii. Droga 152 ciągnęła się w nieskończoność przez pola kukurydzy i migdałów. Miejsca niezagospodarowane przez człowieka obrośnięte były smutną, suchą trawą, a zbiornik retencyjny San Luis obniżył swój poziom wody o niepokojące kilkadziesiąt metrów (nie żartuję, zobaczcie fotkę).

Roadtrip Kalifornia zbiornik

Na rogatkach Kings Canyon byliśmy około godziny 18. Tuż za budkami rangerów (przypominam o kupieniu sobie Annual Passa, jeżeli planujecie odwiedzić więcej niż 2-3 parki narodowe w USA) rosły olbrzymie sekwoje – znak rozpoznawczy parku oraz cel przyjazdu turystów.

Tuż obok naszego kampingu Sunset rośnie General Grant – druga najstarsza sekwoja na świecie. Drzewo było tak wielkie, że nie widać było jego czubka. Jak w każdym parku narodowym, który do tej pory odwiedziłam dostęp do największych atrakcji jest dostępny dla wszystkich – pod drzewo prowadzi asfaltowa ścieżka. W czwórkę usiedliśmy na ławce postawionej na wprost drzewa.

– To drzewo jest starsze niż Polska – rzuciłam w eter.

Popatrzyliśmy z małą zadumą na Generała Granta.

– Sekwoje są super. Pożary, mrozy, powodzie, wszystko przetrwają. Niezłe są. Mają specjalny system korzeniowy. Trzyma je głęboko w ziemi. – powiedziałam.

Oddaliśmy hołd generałowi i wróciliśmy na kamping.

Kings Canyon General Grant Roadtrip po Kalifornii

Dzień 2. Zwiedzanie Kings Canyon

Wybraliśmy Kings Canyon Scenic Byway, aby zwiedzić ten park narodowy w jeden dzień. Droga prowadziła przez najpiękniejsze zakątki kanionu takie jak Grizzly Falls czy Zumwalt Meadow. Ale zanim na dojechaliśmy na dno kanionu, czekała nas malownicza, kręta droga prowadząca na jego dno. Kings Canyon to jeden z najgłębszych kanionów w USA (2 500 m n.p.m. ). Sam dojazd na dół zajął nam około godziny.

Było wszędzie sucho, nawet we wnętrzu nosa i nic nie dało się na to poradzić. Gdzieś nad nami pohukiwał jastrząb polujący na myszy buszujące w płowej trawie. Kanion, tak samo jak Yosemite, znany jest z wodospadów.

Był poniedziałek, więc nie było już zbyt wielu turystów. Po dwóch stronach jezdni stały zaparkowane w rzędzie pick-upy drugiej młodości.

– Tu musi być coś dobrego – powiedział Szymon i zatrzymał samochód.

Roaring Falls – mówiła tabliczka przy ścieżce, która zakręcała w butelkowo-zieloną gęstwinę. Z daleka słychać było dudnienie wody. Szliśmy za ścieżką po drodze spotykając grupy uśmiechniętych dwudziestoletnich wymoczków obwiniętych ręcznikiem.

Kings Canyon Roadtrip po Kalifornii

Pod wodospadem huk wody przeplatał się z śmiechem ludzi. Nad nami górowało kilka granitowych skał i kilkudziesięciometrowy wodospad. Zimna bryza i skoki śmiałków do wody wprawiały w letnie lenistwo. Miejscówka-marzenie ugościła nas głębokim cieniem spod tysięcy liści, które jak parasol chroniły przed słońcem. Na rażącej bieli skał wygrzewali się tylko miejscowi.

Tuż za naszą czwórką usiadły dwie emerytki. Obydwie były ubrane w podobny sposób: czapka z daszkiem, beżowe spodnie do kostek i laska w ręku do podparcia się. Tak jak my odpoczywały w chłodnym cieniu drzewa.

Widziałam, że miejscowi powoli szykują się do kolejnej rundy skoków. Kilku facetów weszło do wody i podpływało do podstawy wodospadu by szybko wyjść z wody i wspiąć się na górę. Wysokość 60 m. Szymon z kamerką GoPro wskoczył za nimi, bo „musi to mieć nagrane”.

Śmiałek stał na krańcu skały. Cofnął się. Nabrał rozpędu i hop. Cisza.

Piruet, salto, plum.

– Wracam. Nie patrzę na to – powiedziała emerytka za nami. – Jakie to nieodpowiedzialne. – Wzięła laskę, odwróciła się i poszła.

Następnym punktem na naszej trasie po Kings Canyon była polana Zumwalt (Zumwalt Meadow). Porównywalna jest do największej atrakcji Yosemite – Yosemite Valley. I słusznie, bo polana ma podobny, alpejski klimat, tylko że nie ma aż tylu ludzi.

Zumwalt Meadow Kings Canyon Roadtrip po Kalifornii

Dzień 3. Kings Canyon – Death Valley – June Lake Loop

Przeprawa była dość męcząca – wyjechaliśmy około 9 rano z Sunset Campground, a na kolejnym kampingu w June Lake byliśmy o 1 w nocy. Po drodze zatrzymaliśmy się na dłuższe przerwy i zahaczyliśmy o Dolinę Śmierci.

Droga prowadziła przez podobną trasę jak do Las Vegas, ale w miejscowości Mojave tuż za przekroczeniem gór, skręciliśmy w lewo, w drogę 71, którą dojechaliśmy prawie na sam początek drogi 395 – gwoździa programu tej wycieczki.

highway 395 Roadtrip po Kalifornii

Droga 395 to moja ulubiona trasa w Złotym Stanie. W Kalifornii zaczyna się nad Lake Tahoe, a kończy koło San Bernardino. To 250 mil pustyni, płaskowyżu, gór oprószonych śniegiem oraz najwyższego szczytu na kontynentalnych Stanach, czyli Mt. Whitney oraz najniższego miejsca w Ameryce Północnej Badwater Basin w Death Valley. A wszystko zaledwie 190 mil od siebie.

Było późne popołudnie, gdy skręciliśmy w drogę 190 w kierunku Doliny Śmierci. Miękkie słońce przemalowało okolicę na pomarańczowy kolor. Zatykały nam się uszy, bo droga cały czas prowadziła w dół. Co jakiś czas spoglądałam na termometr w samochodzie. Temperatura rosła szybko, a gdy przekroczyła magiczną liczbę 100 F (37,7 C), stwierdziłam, że zaczyna się prawdziwy gorąc. Na prawym policzku czułam ciepło promieniujące od wewnętrznej strony szyby, mimo że w środku włączona była klimatyzacja.

Za pierwszym razem, gdy byliśmy w Dolinie Śmierci podczas Superbloomu w 2016 roku nie udało nam się zobaczyć słynnych wydm. O Superbloomie pisałam szerzej tutaj. Tym razem jadąc od zachodniej strony były po drodze. Powoli zaczynał się zachód słońca. Jeden z najpiękniejszych w moim życiu.

Staliśmy trochę w dołku, otaczały nas łagodne, piaskowe góry. Słońce powoli mówiło dobranoc, malując niebo różowym kolorem. Pagórki po przeciwległej stronie zapaliły się fioletem i purpurą. Stałam i w ciszy podziwiałam zachód słońca. Gorący wiatr rozwiewał moje wcześniej już potargane włosy. Był jak ciepła kołdra w zimowy wieczór. Otulał ciepłem. Gdzieś w kąciku oka zakręciła mi się łza.

Death Valley zachód słońca

Na piasku na wydmach widać było ślady sandałów innych ludzi – niektórzy powoli spacerowali, inni biegali, jeszcze inni turlikali się z wydm. Każdy z turystów dawał sobie odpowiednią ilość prywatności, aby nie przeszkadzać sobie wzajemnie. Jakby niepisany kod savoir-vivre’u turysty.

Po romantycznej chwili ruszyliśmy jeszcze zobaczyć Devil’s Course. Gdy wsiadłam do samochodu i zapięłam pasy, sprzączka od paska poparzyła mnie w brzuch. Mimo, że słońce już zaszło nie robiło się wcale zimniej – wręcz przeciwnie, robiło się coraz cieplej, bo zjeżdżaliśmy coraz niżej. Na Devil’s Course postaliśmy tylko chwilę. Ci z Was, którzy mają piekarnik z termoobiegiem niech sobie go puszczą na jakieś 180 stopni, otworzą drzwiczki i postoją chwilę przy piekarniku. Tak było w Dolinie Śmierci o 21.

Gdy zawijaliśmy się już w kierunku kampingu w June Lake, postanowiliśmy dotankować jeszcze samochód, tak na wszelki wypadek. Słyszeliśmy niejedną historię, o tym, że ktoś nie chciał płacić tak dużo za benzynę w Dolinie Śmierci licząc na to, że uda mu się dojechać do stacji z normalnymi cenami. No i to niekoniecznie wypalało.

Death Valley zachod slonca na wydmach

Wszędzie pustka. Na stacji benzynowej słychać było jedynie dźwięk jarzeniówek. W uszach dzwoniła cisza, a nasze głosy wydawały się stłumione jakby noc miała na sobie ekrany dźwiękochłonne. Gdy wyszliśmy z samochodu, po kilku sekundach pot wstąpił na nasze skronie.

– Chcę colkę – powiedział Szymon.

Podeszliśmy do automatu sprzedającego napoje. Szymon wcisnął guzik z coca-colą i przyłożył do otworu wciągającego banknoty 5 dolarów.

Pieniądz wypadł z drugiej dziurki.

Jeszcze raz.

Maszyna nie przyjmowała pieniędzy. Zaczęłam więc grzebać za innym banknotem w portfelu.

Kątem oka zobaczyłam, że na stację podjechał srebrny mercedes. Kierowca, w koszulce polo i mokasynach, wysiadał z auta i zaczął go tankować.

Musiał nas obserwować, bo zza naszych pleców nagle pada pytanie, czy może nie kupić nam tej coca-coli, a my oddamy facetowi gotówkę.

Stany Zjednoczone. Do bólu mili.

Gdy w samochodzie wypiłam coca-colę, zaraz urwał mi się film. Obudziłam się dopiero na kampingu. Zaspana popatrzyłam na termometr w samochodzie. 41 Farenheitów, 5 stopni.