Roadtrip po zachodnich Stanach cz.2 – relacja

niedziela, 18.06.2017

Oto druga część relacji z roadtripa po zachodniej części Stanów Zjednoczonych. Tym razem w planie był Zion National Park, Antelope Canyon, Lake Powell, Horseshoe Bend, Grand Canyon i Monument Valley. Ciekawi jak pogoda dała nam w kość? Czytajcie dalej!

Dzień 3. Spring Valley – Cathedral Gorge – Zion National Park – Coral Dunes

Żar spływał po piaskowych ścianach kanionu Catherdral Gorge, który podobno jest ukrytym skarbem Nevady. Tam, w wyniku erozji powstały formacje skalne przypominające termitiery tworzące wąskie, kręte korytarze i kominy. Wchodziliśmy do niektórych z nich, a ja czułam się jak Indiana Jones. Nasze głosy rozchodziły się echem po kanionie.

Gdy skwar był już nie do zniesienia, zberaliśmy się do samochodów. Huk.

Popatrzyliśmy w górę. Odrzutowiec.

– No to Nevada zaliczona – powiedziałam.

Później w domu sprawdziłam jaki to był samolot. F22.

Cathedral Gorge w Nevadzie, wąskie przejście w kanionie

Po Cathedral Gorge skierowaliśmy się do Zion National Park.

Przekroczyliśmy granicę z Utah. Powoli wjeżdżaliśmy na teren kanionów i Dzikiego Zachódu. Termometr wskazywał 106F (41C), wiatraki klimatyzacji furkotały na pełnych obrotach. Wjechaliśmy na płaskowyż na wysokości 1524 m n.p.m.  Kolor skał z żółci przechodził w odcienie czerwieni: brunatny, szkarłatny i karminowy. Zaczerwienił się nawet asfalt. Droga Interstate 15 prowadziła nas coraz wyżej. Na horyzoncie zarysowały się monumentalne skały kanionów kontrastujące z błękitem nieba i uwalniającą się przestrzenią.

Wolność – tyle o niej mówi się w Stanach. Jak jest naprawdę nie wiem, ale jadąc pustymi autostradami, gdzie tylko nasz czerwony samochód zakłócał spokój polujących orłów dało się ją wyczuć. Równolegle do Interstate 56 biegła linia kolejowa, po której jechały setki wagonów z namalowaną na boku amerykańską flagą z podpisem „Building America”. Patrząc na pociąg wyobrażałam sobie poczucie dumy, które wypełnia Amerykanów przemierzających swój kraj wzdłuż i wszerz.

Zion National Park

Za tablicę Welcome to Zion National Park wjechaliśmy około godziny 16. Kanion był już w cieniu, ale na zewnątrz temperatura nie znała litości, 39 C. Udało nam się zaparkować w cieniu, jakby miało nam to pomóc przed upałem.

Zachód słońca w Zion National Park

Do wykorzystania mieliśmy zaledwie cztery godziny, więc wskoczyliśmy w bezpłatny autobus jeżdżący po parku. Zdecydowaliśmy się na krótki spacer do Emerald Gardens, pod Weeping Rock oraz kilka metrów wzdłuż rzeki na szlaku Narrows.

Zion National Park to wielkie, proste ściany o różnych kolorach – od koralowego po pomarańczowy, biały, brunatny i czerwony. Z części skał zwisają zielone ogrody (Emerald Gardens), czyli kępy soczyście zielonej roślinności, z której delikatnie kapie woda. Krople wody odbijające się od naszych spoconych ciał były zbawieniem w takiej temperaturze.

Woda w Zion National Park

Weeping Rock (Płacząca Skała) to druga odsłona zwisających ogrodów, zaledwie 5-10 minut drogi pieszo od przystanku. Szliśmy ostro pod górę, a gęsta zieleń zasłaniała to, co przed nami. Było duszno, ciężko złapać oddech. Pot spływał po moim czole. Weszłam na półkę wyżłobioną w pionowej skale. Z „sufitu” zwisały rośliny, po których jedna za drugą spadały krople zimnej wody. Stałam przy skalnym murku, przede mną widok na czerwono-zielony Zion. Było cicho, mimo że oprócz nas było jeszcze piętnaście innych osób. Zbiorowo patrzyliśmy na tą Naturę przez duże N.

Zion National Park słynie z tego, że nawet amatorzy-fotografowie potrafią cyknąć fantastyczne zdjęcia. Pełno jest ciekawych zakamarków, które złapane w kadrze wyglądają bajkowo.

Dno Zion National Park, zachodzące słońce

Po Weeping Rock poszliśmy na początek szlaku Narrows. Tam moczyliśmy nogi w zimnej rzece Virgin River i zawinęliśmy manatki. Przed nami jeszcze półtorej godziny drogi do Coral Pink Dunes State Park. To camping zlokalizowany na wydmach, gdzie zostajemy na noc.

Dzień 4. Coral Pink Dunes – Lake Powell – Antelope Canyon – Horseshoe Bend – Monument Valley

– Czy naprawdę musimy stąd jechać? – pytała Ula, gdy wbiegła po schodach na platformę widokową na wydmach.

Coral Pink Dunes to wydmy uformowane z piasku nasypanego z Zionu. Wiatr niesie piaskowe ziarenka przez ponad 100 kilometrów, aby uformować ruchome góry. I faktycznie są różowawe. Ściągnęłam sandały i weszłam na piasek. W dotyku był aksamitny.

– Musimy. Dzisiaj dużo mamy w planie – odparłam.

Widok na Coral Dunes, różowe wydmy niedaleko Zion National Park

Antelope Canyon

Antelope Canyon bardzo często pojawia się na fotografiach z cyklu cuda natury. Z zewnątrz nie wyglądał na nic szczególnego, powiem więcej, nawet nie bardzo dało się go zauważyć. Ukryty z zewnątrz, wszystko co najpiękniejsze chowa pod powierzchnią ziemi.

Przed rozpoczęciem zwiedzania czekaliśmy w klimatyzowanym budynku. Na ścianach wisiały kartki informujące o możliwości dostania udaru cieplnego. Gdy wybijała godzina 12 zawołął nas przewodnik Boo Boo. Nosił czapkę z daszkiem, luźne szorty, a pod nim termoaktywne rajtuzy. Tylko na moment przywitania ściąnął z twarzy bandanę.

– Trzymajcie się blisko mnie. Będziemy teraz iść przez około 7 minut w palącym słońcu. Czy ktoś ma problemy zdrowotne? – zapytał Boo Boo.

Przez grupę rozszedł się pomruk zaprzeczenia.

– Dobrze. To idziemy.

Zeszliśmy za Boo Boo po klatce schodowej wysokiej na cztery piętra.

Widok skał z Antelope Canyon

Szliśmy po wąskim dnie Antelope Canyon w chłodnym cieniu skał. Nasza grupa, jedna z czterech odwiedzających kanion w tym samym czasie, liczyła około dwunastu osób. Ilość turystów wcale nie przeszkadzała. Każdy miał moment na zdjęcie bez innych w kadrze. Było miło i sympatycznie.

– Nie dotykaj paluchem obiektywu – powiedział do mnie Boo Boo pokazując na mój telefon. – Będziesz miała nieostre zdjęcie.

Boo Boo przetarł swoją koszulką mój telefon i po raz kolejny cyknął fotkę.

– Teraz lepiej.

Południe to jedna z lepszych pór w ciągu dnia, aby zobaczyć Antelope Canyon. To wtedy światło nadaje skałom pomarańczowy odcień. Za każdym zakrętem formacja skalna przypominała inny kształt: mamy m. in. Lady in the Wind, Elephant, Dog. Boo Boo pokazywał nam w jaki sposób robić zdjęcia promieniom światła wpadającym do kanionu.

Formacja skalna Lady in the Wind w Antelope Canyon

Spacer trwał niewiele ponad godzinę. Gdy wyszliśmy po schodach na górę uderzył nas skwar, a słońce oślepia. Szybkim krokiem skierowaliśmy się w stronę samochodu.

Lake Powell

Lake Powell jest przeciwieństwem tropikalnej oazy – to zalew wśród ostrych skał kłujących w oczy. Nie ma piasku, nie ma drzew, nie ma cienia. Słońce operuje, skóra protestuje i pokrywa się czerwienią. Ale wodne pląsy są zbawienne.

Po krótkiej przerwie czekaliśmy na ostatni już punkt w programie, czyli Horseshoe Bend. Upał wyczerpał już moje zasoby energii, więc chciałam jak najszybciej zaliczyć co się da i pojechać dalej.

Horeshoe Bend na rzece Colorado

Na parkingu pod Horseshoe Bend stał szeryf oraz ekipa ratowników. W ziemię powbijane były znaki informujące o ekstremalnie wysokiej temperaturze wynoszącej 44 stopnie. Szeryf sprawdzał obuwie turystów, które musi chronić stopy i upewniał się czy mają ze sobą butelkę wody. Kto nie spełniał jego wymogów musiał zawrócić. Po drodze w altance stojały dwie rangerki, które przez lornetki wypatrywały turystów padających z przegrzania. Co chwilę zwozili kogoś na dół. Krótko mówiąc mimo, że spacer tam i z powrotem to zaledwie półtorej mili, nie jest on przeznaczony dla osób o słabszej kondycji.

Ubraliśmy więc adidasy, dłuższe spodnie i koszulki zasłaniające jak najwięcej ciała. Zrobiło się trochę chłodniej.

Horseshoe Bend trzeba zobaczyć z bliska, aby uwierzyć własnym oczom.

Horseshoe Bend na rzece Colorado, widok z góry na zakole rzeki

W Horseshoe Bend moja wątła kondycja dała mi w kość. Z pięknego widoku pamiętam niewiele, bo było mi słabo od upału.

Po Horsheshoe Bend czekała nas jeszcze dwuipółgodzinna jazda do Monument Valley. Gdy przyjechaliśmy na miejsce było już zupełnie ciemno. Nie mieliśmy zarezerwowanego nigdzie miejsca, więc szukaliśmy jakiegoś kampingu. Udało nam się zatrzymać na Goudling’s Campground.

Dzień 5. Monument Valley i Grand Canyon

O czwartej rano obudzili nas sąsiedzi, którzy pakowali swój namiot i sprzęt. Trudno. Pokimaliśmy jeszcze dwie godziny i powoli zaczęliśmy witać poranek. Po czterech intensywnych dniach byliśmy zmęczeni, dlatego jak muchy w smole zbieraliśmy się do życia. Na szczęście pogoda się nad nami zlitowała i od rana niebo było zachmurzone, przez co temperatura była całkiem znośna. Zaczynały zbierać się burzowe chmury, coraz częściej powiewało silniejszym wiatrem, więc ślimacze tempo zamieniliśmy na błyskawiczne. Nikt w końcu nie chce mieć namiotu ubłoconego czerwoną ziemią.

Pojechaliśmy do Monument Valley, o którym pisałam wcześniej. Całe szczęście do doliny dzieliło nas dziesięć minut drogi. I na miejscu cud. Padał deszcz. Siedzieliśmy więc w samochodzie słuchając kropel deszczu dudniących o dach, odpoczywaliśmy i podziwialiśmy okolicę. Po pół godziny niebo rozjaśniło się. Mogliśmy więc ruszyć na 17 milową szutrową drogę wzdłuż najpiękniejszych czerwonych skał.

Widok na panoramę Monument Valley

Monument Valley to Dziki Zachód, który znamy z filmów o Johnie Waynie. Gdzieniegdzie wycieczki konne przecinały naszą drogę.

Po trzech spokojnych godzinach wyruszyliśmy dalej na Grand Canyon (tutaj link do przewodniczka jak spędzić jeden dzień w Grand Canyonie). Przed nami było trzy godziny drogi.

Do celu dojechaliśmy późnym popołudniem. Jakimś cudem kilka dni wcześniej udało nam się zarezerwować jedno, jedyne miejsce na w Mather Campground (łut szczęścia!). Zachód słońca oglądaliśmy już z krawędzi kanionu.

Dzień 6. Grand Canyon i powrót do domu

Wstaliśmy rano i udaliśmy na spacer wzdłuż południowej krawędzi kanionu. Zeszliśmy kilkadziesiąt metrów w dół na słynnym szlaku Bright Angel. Zrobiło się cieplej, więc zawracamy. Bezpłatny parkowy autobus zawiózł nas na ostatni przystanek Hermit’s Rest. Szybka kawka, kanapka i wsiadamy z powrotem. Przed nami jeszcze 6 godzin jazdy do Bakersfield w Kalifornii. I mówiąc szczerze nie chciało się wracać.

Grand Canyon, widok z krawędzi

W Bakersfield okazało się, ze motel, który zarezerwowaliśmy to speluna pełna prostytutek i drobnych handlarzy narkotykami. Dlatego gdybyście kiedykolwiek mieli ochotę, nie zatrzymujcie się w motelu Bakersfield Inn and Suites. Niestety motel był z góry opłacony, w internecie miał dobre opinie, a przy rejestracji nic nas nie zaniepokoiło. Dopiero przez okno z pokoju zobaczyliśmy „ciekawe” akcje na parkingu. Nie pozostało nam nic innego jak szybko pójść spać, a rano jeszcze szybciej się stamtąd zebrać.

Dzień 7. Powrót Bakersfield – San Francisco Bay Area

Ostatni przejazd naszej wyprawy. Na szczęście to nie całe cztery godziny. Trasa była już nam znana, dlatego minęła w miarę szybko.

Bonus tip: jeżeli będziecie w okolicach zatoki San Francisco, a będziecie przejeżdżać przez jej rolniczą część warto zatrzymać się przy przydrożnych sklepach z warzywami i owocami. Produkty bardzo świeże i dużo tańsze w porównaniu do zatoki.