Sierra Nevada i Mono Lake, czyli Kalifornia po drugiej stronie Yosemite

sobota, 04.02.2017

Ognisko na kampingu Grand Lake Marina w okolicy Mono Lake strzela iskrami, atramentowe niebo skrzy się gwiazdami, a miękki koc otula nasze plecy. Milczymy.

Kilka godzin wcześniej razem z Szymonem i znajomymi jedziemy autostradą 120 wyjeżdżającą z Yosemite Valley i prowadzącą przez dwie części masywu górskiego Sierra Nevada: zachodnią i wschodnią. Droga pnie się w górę, wznosi nas ponad horyzont.

Kręta droga przecina las sekwojowy ozdobiony szarym granitem. Miejscami kamień „wylewa się” na drogę. Z nosem przyklejonym do szyby wykrzykuję: „Ale pięknie”.

Jest pierwsza połowa czerwca, a na wysokości 2,5 tys. metrów n.p.m. wciąż leżą placki zamarzniętego śniegu.

Łańcuch górski Sierra Nevada

Góry Sierra Nevada ciągną się przez 640 kilometrów w centralnej i wschodniej części Kalifornii. Procesy geologicznie cały czas trwają. Masyw górski powstał w wyniku wypiętrzenia się warstw skalnych ze skorupy ziemskiej. Co ciekawe w odległości 212 km od siebie mamy najniższy punkt i najwyższy punkt w kontynentalnych Stanach.  Pierwszy to  Badwater Basin w Death Valley z 83 metrów poniżej poziomu morza, a drugi to Mt. Whitney z 4421 metrami nad poziomem morza. Góry graniczą z pustynią, co robi wrażenie, ponieważ ostre zbocza lądują na płaskowyżu ciągnącym się przez kolejne tysiące kilometrów. Puste drogi i niewielka zabudowa wzmacniają odczucia. Na obszarze Sierra Nevady znajdują się aż trzy parki narodowe: Yosemite, Sequoia i Kings Canyon. Każdy wyjątkowy i warty odwiedzenia, do tej pory byliśmy w dwóch: Yosemite pełnym wodospadów i w Kings Canyon, który jest domem dla drugiej najstarszej sekwoi na świecie.

Droga 120 – Tioga Road przez Touloumne Meadows – najpiękniejsza droga w Yosemite

Jadąc dalej drogą 120 mijamy lazurowe jeziora skrzące się w czerwcowym słońcu. Warczący prius wwozi nas coraz wyżej. Za kilkoma serpentynami wjeżdżamy na punkt widokowy Olmsted Point, z którego oglądamy Half Dome z nowej perspektywy.

Wychodzę z samochodu i dołączam do grupy spacerujących turystów. Zimno. Ubieram popularną kurtkę the North Face czy tam inną Patagonię, tak jak większość otaczających mnie osób. W końcu jesteśmy w górach, trzeba być porządnie ubranym jak prawdziwy traper.

Karmię oczy widokami – mój haj.

Jest inaczej. Zniknęły wodospady i sekwoje; są krystaliczne jeziora i las sosnowy. Jesteśmy na granicy zachodniej i wschodniej Sierry. Po zachodniej stronie wystają granitowe, wygładzone skały koloru surowego betonu, a po wschodniej stronie ostre, brunatne szczyty. To wpływ lodowca: skały schowane pod jego warstwą na skutek naporu stały się gładkie, a te powyżej ostre i poszarpane.

Na wysokości 2600 metrów n.p.m. wjeżdżamy do krainy leśnego dobrobytu, czyli na polanę Tuolumne. To nie była jakaś polana, lecz ponad 5 km kwadratowych świeżuteńkiej trawy ozdobionej ostrymi szczytami wschodniej Sierry.

Słońce powoli chowa się za ciemnymi rysami gór. Jest cicho, słychać jedynie rechot żab. Idziemy po trawie zapraszającej do bosych spacerów. Tylko moje szeleszczące spodnie przerywają żabią symfonię. Siadamy pod drzewem i obserwujemy stada saren skubiące pistacjową trawę. Nastawiamy kawiarkę. Zmierzcha. Rubinowe niebo staje się naszym skarbem.

Mono Lake

Nasz kamping Grand Lake Marina znajduję się przy drodze June Lake Loop. To kilkunastokilometrowa droga prowadząca wokół alpejskich jezior. Można przyjść powędkować, popływać kajakiem lub łódką. Albo tak jak my, zjeść śniadanie nad jego brzegiem.  Tutaj także znajdują się miejsca piknikowe z grillem i paleniskiem. Jeszcze jedną zaletą naszej miejscówki była nieduża odległość do Mono Lake – celu naszej wyprawy.

One of the most beautiful loo views.

Mono Lake to drugie najstarsze jezioro w Stanach Zjednoczonych słynie z wysokiego zasolenia. Nie ma także żadnego ujścia, zbiera wodę spływającą z gór Sierra Nevada. Mark Twain pisał, że to amerykańskie Morze Martwe, ale nie mógł się bardziej mylić. Mono Lake tętni życiem i stanowi ważny element w cyklu rozwojowym kalifornijskich mew oraz krewetek.

Z brzegów Mono Lake wystają wapniowe struktury nazywane tufami. Wysokie na kilka metrów, kiedyś jako podwodne kominy pompowały minerały do jeziora. Dzisiaj większość wody wyparowała, więc poziom się obniżył, a tufy zostały odsłonięte i tworzą wapniowy zagajnik.

Mono Lake Tufy

Na pierwszy rzut oka widać, że woda w jeziorze jest inna niż ta z kranu, sprawia wrażenie gęstej od mydła. Na powierzchni pływają mewy, ale co która zamoczy łebek w wodzie, jej duża wyporność wypycha kuper do góry. Ciekawa jestem jaka jest w dotyku.

– Oślizgła i zostaje osad na ręce – odpowiada Szymon.

Mono Lake

Lee Vinning

Miasteczko Lee Vinning przycupnięte jest na styku Mono Lake i gór Sierra Nevada. Autostrada 395 prowadzi przez jego centrum. A w nim cztery stacje benzynowe, sklep spożywczy, sportowy, i sklep z pamiątkami i trzy knajpy .

Wejścia do sklepu z pamiątkami Bronze Bear Otupost broni drewniana trzymetrowa rzeźba niedźwiedzia grizzly, maskotki Kalifornii. Chcemy dokupić magnes do naszej lodówkowej kolekcji. Wchodzimy do środka.

Asortyment waha się od biżuterii jak z polskiego uzdrowiska, przez ręcznie dziergane swetry, po kowbojskie kapelusze i buty. Oglądamy drobiażdżki, wybieramy magnes i idziemy do kasy.

Sprzedawca średniego wzrostu z modną brodą uśmiecha się szeroko. Plakietka na jego piersi mówi, że obsługuje Ryan.

– Where are you guys from? – zagaduje.

– Z okolic San Francisco, ale oryginalnie jesteśmy z Polski.

– Też jestem z Polski! To znaczy moja mama jest Polką. Pierogi! Dzień dobry – to już dodaje po polsku. – Pokażę wam coś.

Wyjmuje z portfela swój dowód osobisty. Wskazuje na nazwisko: Zurawski.

– Jak to się wymawia? – pyta Ryan.

– Żurawski – odpowiadamy.

– Zułaouski?

I tak bawimy się przez chwilę w poczytaj mi mamo.

Gorące źródła w masywie Sierra Nevada

We wschodniej Sierrze znajduje się około 300 naturalnych gorących źródeł. Wiedzą o nich tylko miejscowi, raczej nie są to miejsca turystyczne. Niektóre są zaznaczone w przewodniku Lonely Planet, inne schowane jak największy skarb. Nie bylibyśmy sobą, gdybyśmy odmówili sobie poczucia natury przez duże N. Cel: Buckeye Hot Springs.

Przed nami godzina drogi przez najpiękniejszy region Kalifornii. Pejzaż malowany jest akwarelą: płową teksturę okolicy przecina strumień wijący się jak jedwabna wstążka. Nad jego brzegiem trawa nabiera wigoru i staje się soczyście zielona. Wyraźnie zaznaczony jest styk gór i pustyni Mojave. Pusta droga, niewielki ruch, a w głośnikach Tina Turner.

Buckeye Hot Springs to nietypowe gorące źródła. Czterdziestostopniowa strużka spływa po skale do rwącego potoku, w którym z otoczaków entuzjaści wodnych kąpieli zbudowali trzy baseny. Każdy ma inną temperaturę: od  gorącej po letnią.

Po ostrym zejściu na dół, ściągamy ciuchy i wchodzimy do wody. Kątem oka widzę męski pośladek. W naturalnych gorących źródłach można kąpać się nago lub w stroju kąpielowym – wszystko zależy od komfortu naszego i współtowarzyszy.

Okazuje się, że oprócz najwyżej klasy basenów w Buckeye Hot Springs zorganizowana jest także naturalna sauna parowa. Pod gorącym wodospadem wody ukryta jest mała jaskinia wyżłobiona w skale. Wpływamy do środka, a tam parno. I palą się cztery świeczki. Jednak szybko nabieram różowego koloru na policzkach i wypływam do najbliższego basenu.

Obok mnie kąpieli zażywa para Kalifornijczyków. Mają około trzydziestu lat i mówią tutejszym, leniwym akcentem. Druga taka okazja się nie powtórzy, więc pytam:

– Słuchajcie, jak to naprawdę jest z niedźwiedziami? Są niebezpieczne?

– Niczego się nie musisz obawiać dopóki przestrzegasz kilku podstawowych zasad, t  akich jak trzymanie jedzenia i kosmetyków w metalowej skrzyni lub z dala od obozowiska. Gdy nie ma nikogo wokół ciebie zawsze możesz puścić głośniej muzykę. Mieszkam w Bridgeport i przyjeżdżam tutaj często, biwakujemy niedaleko, i nigdy nie widziałem niedźwiedzia. A i jeszcze jedno – zawsze mamy ze sobą psy. Są czujne i w razie czego robią rwetes. – odpowiada facet.

Naszej rozmowie przysłuchuje się przemoknięty czterdziestolatek z włosami przyklejonymi do czoła.

– Jeżeli mogę coś wtrącić, to w ten weekend z moimi dwiema nastoletnimi córkami poszliśmy w góry. I właśnie tak jak mówi kolega, trzeba zachować rozsądek. Widzieliśmy jednego niedźwiedzia, ale zaraz się spłoszył. Zresztą, one będą bardziej ciebie się bać, niż ty ich. I są dość niewielkie.

Spotkanie oko w oko z niedźwiedziem jeszcze przede mną.

Buckeye Hot Springs

Yosemite latem pogodą Cię zaskoczy

Rano na termometrze 4 stopnie. W połowie wysokości otaczających nas gór piętrzą się gęste, deszczowe chmury. Padało całą noc. Jeden namiot przemókł. Planujemy  szybki powrót do Doliny Krzemowej. Mży.

Skręcamy w drogę 120 – Tioga Pass prowadzącą przez park narodowy Yosemite. Gdy wjeżdżamy  coraz wyżej, deszcz zamienia się w deszcz   ze śniegiem. Samochód przed nami zatrzymuje się.

– Pewnie trzeba będzie zawrócić i pojechać dookoła góry. A wtedy to 10 godzin jazdy – mówię do Szymona.

Po chwili ruszamy. Na środku drogi stoi ranger ubrany na ciemnozielony mundur. Ma kapelusz z rondem, długą, rudą brodę i śmiejące się niebieskie oczy.

– Hi! Czy wyżej nie spadł śnieg? – pyta Szymon.

– Nie, spokojnie przejedziecie. Tylko nie zjeżdżajcie z głównej drogi. Miłego dnia – odpowiada ranger.

Kamień z serca.

 

Za pół godziny wjeżdżamy w burzę z gradobiciem. Nic nie widać. Stoimy na poboczu. Czekamy na lepszy klimat.

Gdybyśmy tylko wiedzieli, że za 4 godziny czeka nas błękitne niebo i 35 stopni w okolicach Sacramento.