Kalifornia zimą cz.2 – centralne i południowe wybrzeże

środa, 12.04.2017

A jeżeli mamy ochotę na trochę lata to wystarczy, że pojedziemy na południe od Doliny Krzemowej. Już w Pismo Beach panuje klimat południowej Kalifornii, a to tylko cztery godziny drogi. Więc gdy stęsknimy się za słońcem, bo w złotym stanie też bywa zimno, musimy tylko zatankować samochód.

Pismo Beach

Leżę na kocu na plaży w Pismo Beach. Dopiero zaczyna się dzień. Szymon przystrojony w czarną piankę już wskoczył do wody z deską surfingową. Zima to najlepszy moment na spróbowanie swoich sił na falach, zwłaszcza tutaj, gdzie dno jest płaskie, więc fale są łagodne i długie.

Szymon unosi się na desce i próbuje wskoczyć na falę. Te odpowiednie przychodzą w grupach jedna za drugą. Podchodzę do brzegu, żeby go lepiej widzieć. Jedna fala, nic. Druga fala, nic. Trzecia fala, Szymon w nią nurkuje i płynie głębiej w ocean, może tam się uda.

molo w Pismo Beach, widok z mola na miasteczko, Kalifornia

 

Wracam na koc. Pod nogami na piasku leżą wyplute przez ocean skarby: potłuczone muszle, szczypce kraba, listownice. W latach 50-tych w Pismo Beach ocean wyrzucał ogromne ilości małży, więc miasteczko zostało okrzyknięte „światową stolicą małż”. Dzisiaj ślad minionych czasów znajduję w clam chowder – tutejszym kremie z małży podawanym w bochenku chleba. Idę do knajpy Wooly’s po ten cud kulinarny. Wracam z pakunkiem pod pachą. Szymon wyszedł z wody i odpoczywa na kocu.

– Zmachałem się – kwituje.

Idę się przejść. Plaża w Pismo Beach ciągnie się przez 27 kilometrów, więc to idealne miejsce na spacery samemu, z rodziną, z psem lub z przyjaciółką; na bieganie, jazdę konno czy quadem. Podobno po tej plaży chodził sam James Dean.

Zahaczam też o molo. Drewniana struktura ma 417 metrów długości. Deski tworzą nierówną powierzchnię, więc na balustradach wiszą tabliczki z ostrzeżeniem, że po molo nie wolno chodzić na obcasach. Wiadomo, grozi skręceniem kostki. I odszkodowaniem.

pelikan stoi na barierece na molo w Pismo Beach

Na barierce stoi pelikan, który w rzeczywistości jest wielkim bydlakiem. Dogląda ptasiego porządku, mewy uciekają przed jego wzrokiem. Wokół pali mola szaleją wydry morskie, a na falach surferzy.

Pismo to typowe amerykańskie nadmorskie miasteczko. Przy głównej ulicy prowadzącej nad ocean mam namiastkę europejskiego kurortu: knajpeczki i spacerujących uśmiechniętych ludzi. Jedyna różnica to sklepy surferskie w Pismo Beach stojące jeden obok drugiego.Wschód słońca w Pismo Beach na wydmach

Na zachód słońca idziemy na największe kalifornijskie wydmy Oceano. W latach 30 i 40 mieszkała tu grupa wolnomyślicieli, którzy nazywali siebie the Dunites. Wśród nich znajdowało się wielu artystów, mistyków, nudystów i pustelników. Wierzyli w kreatywną energię wydm. Więc może i na mnie spłynął dopust Boży i teraz piszę dla Was?

Oglądanie słoni morskich w Elephant Beach

Ryk, jazgot i kwilenie dominuje na plaży, gdy wychodzimy z samochodu w Elephant Beach. To trochę jak spotkanie UFO – słonie morskie na lewo i prawo wymachują swoimi nosami, które przypominają słonie trąby. Jest luty, czyli środek sezonu lęgowego. W tym czasie słonie morskie wychodzą na brzeg, rozmnażają się i wydają na świat potomstwo. Wśród zgrai tłuściochów widać maleństwa, a nawet i noworodki.

słonie morskie walczą na plaży w Elephant Beach

Podczas sezonu lęgowego słonie morskie nic nie jedzą, tracą 1/3 swojej masy, choć muszę przyznać, że i tak były wielkie! Ogromne!

W Kalifornii natura jest na wyciągnięcie ręki, często jak z filmu dokumentalnego BBC, który czyta Krystyna Czubówna.

mała foczka w Elephant Beach

Start rakiety SpaceX z bazy wojskowej w Vandenberg – rzadkie wydarzenie

Czekamy na start rakiety Falcon 9 z 9 satelitami telekomunikacyjnymi Iridium w okolicach bazy wojskowej w Vandenbergu. Link Jesteśmy 4 kilometry od pada startowego. Wzdłuż drogi stoją zaparkowane samochody, a obok nich amatorzy kosmosu. Uzbrojeni w lornetki, aparaty fotograficzne i tablety z transmisją startu na YouTube’ie wyczekują godziny 9:03. Niektórzy noszą koszulki z napisem „Occupy Mars”, inni firmowe T-shirty SpaceXa lub Tesli. Dużo samochodów jest przyozdobionych rysunkami Marsa i napisami SpaceX „Falcon 9” czy „Mars or Bust”. Przed nami stoi auto z nakleją na zderzaku: „Actually, I’m a rocket scientist”.ludzie stojący na drodze w Vandenbergu czekający na start rakiety FAlcon 9

Szymon szykuje stanowisko fotograficzne: dwa aparaty i GoPro zainstalowane na statywie. Ustawia idealny kadr i naświetlenie. Sprawdza na YouTube’ie czy jest dostępna transmisja. Włącza, ale telefon co chwilę traci zasięg.

Słyszę szum głębokiego wdechu przez ludzi stojących obok mnie. Patrzę w górę. Leci! Falcon 9.

– Cholera nie włączyłem GoPro! – krzyczy Szymon.

Ryk silników rakietowych słychać po 5 sekundach. Aplauz rozchodzi się po widowni. Patrzymy na ten cud techniki i wzrokiem odprowadzamy rakietę w kosmos. 3 minuty.

– To tyle? – pytam Szymona.lecąca na niebie rakieta Falcon 9

Santa Barbara

Wdycham ciepłe nadmorskie powietrze na molo Stearns Wharf w Santa Barbarze. Jest początek grudnia, więc na molo wprowadziła się bożonarodzeniowa choinka. W tle na plaży rosną w rządku palmy odbijając od liści kalifornijskie słońce. Zamiast ubierać na siebie szalik, ściągam sweter i zostaję w cienkiej bluzce.

Santa Barbara nazywana jest amerykańską riwierą. Europejski szyk widać w architekturze miasta, które koncentruje się wzdłuż głównej ulicy State Street. Luksusowe sklepy, hotele, kawiarnie z letnimi ogródkami, kina i teatr zachęcają do zaglądnięcia choćby na chwilę. Nad ulicami miasta unosi się luz. Do tego czerwone dachówki budynków przypominają mi dom.Santa Barbara pasaż Paseo Nuevo

Wzdłuż głównej ulicy miasta posadzone są mimozy, które chronią przed słońcem. Na niektórych wiszą biało-czerwone bożonarodzeniowe cukierki w kształcie laski. Jest rano, ulice puste. Zaglądamy do zaułków wzdłuż State Street. Jeden z nich to centrum handlowe Paseo Nuevo. Sklepy zamknięte. Na słupie ogłoszeniowym wiszą plakaty z informacją o specjalnych, godzinnych pokazach śniegu w Boże Narodzenie. Wszystko się da. Nawet jak 20 stopni na zewnątrz.

Na śniadanie wybieramy francuskie Renaud’s Pattiserie and Bistro. Zamawiamy dwa cappuccino, croissanty i sałatkę owocową. Siadamy na zewnątrz, aby złapać na policzkach kilka promieni słonecznych.

Przy stoliku obok w cieniu parasola siedzi małżeństwo w średnim wieku. Pod krzesłem leży ich wyżeł.

– Fajny pies – do pary zagaduje mężczyzna siedzący stolik obok. W sportowym ubraniu i z wypiekami na twarzy wygląda jakby właśnie skończył poranny jogging.

– Lubi z nami wszędzie chodzić. Ale najbardziej lubi biegać po naszej stadninie – odpowiada mąż wystarczająco głośno, aby wszyscy wokół słyszeli.

– Macie stadninę?

– Tak, w Teksasie. Mamy tam kilka Arabów.

Tutaj następuje wymiana zdań czym zajmuje się każdy z panów.

– Może wymienimy wizytówki? – pyta biegacz.

– Jasne. Jak będziesz w Teksasie odezwij się.

Nigdy nie wiadomo, kto siedzi przy stoliku obok w Santa Barbarze. A może to producent? A może potentat naftowy?

Butterfly Beach w Santa Barbara, kamienie

Santa Barbara słynie ze swoich plaż. Spragnieni relaksu jedziemy na Butterfly Beach. Podobno można tam spotkać sławy, ponieważ plaża sąsiaduje z najbardziej luksusowym hotelem w okolicy, gdzie częstymi gośćmi są gwiazdy.

Siadam na murku. Po plaży spacerują ludzie z pudlami, mopsami i buldogami francuskimi. Ja wyprowadzam Szymona, który biega z aparatem za ptakami brodzącymi w wodzie. 10 metrów ode mnie o barierkę opiera się para. Jego blond włosy zaczesane są na bok. Twarz zasłania czarnymi okularami a’la Jack Nicholson. Nosi dobrej jakości białą koszulę i mokasyny na gołych stopach. Ona z urodą modelki zarzuca na lewo i prawo długie, pofalowane włosy. Jej nogi zdobi złota bransoleta na kostce i białe trampki Converse. Obydwoje czarują białym uśmiechem.

Przyglądam się im ukradkiem i zastanawiam czy to nie para znanych ludzi. Ale nie widzę paparazzich czatujących za palmą.

pies na desce surfingowej, Santa Barbara

Na zachód słońca jedziemy na Painted Cave Road przy autostradzie 154. Chcemy zobaczyć punkt widokowy, z którego widać panoramę okolicy, a przy okazji obejrzeć zachód słońca.

Zatrzymujemy samochód na parkingu. Wyłączamy silnik, zostawiamy grającą muzykę, nastawiamy kawę, otwieramy bagażnik i siadamy w środku. Do zachodu jest jeszcze pół godziny, Szymon ustawia więc aparat do time lapse’a słońca. Słyszę szum kół zatrzymującego się obok samochodu. Wkrótce na parking wypełnił się.

Słońce leniwie chowa się za horyzontem. Do romantycznej chwili przygrywa nam Tiziano Ferro. Wieje zimny wiatr, wychodzi mi gęsia skórka, więc sięgam po koc na tylnik siedzeniu. Patrzę na deskę rozdzielczą, jej wyblaknięte kolory podświetlenia. Myślę sobie, że to zwidy. Sięgam po koc i wracam usiąść do bagażnika. Tiziano zamilkł.

Szymon uśmiecha się do mnie doglądając aparatu.

– Wygryw. Będzie piękny time-lapse – mówi.

Słońce już powędrowało do Australii, więc najwyższy czas zawinąć się z punktu widokowego. W między czasie inni ludzie już odjechali, zostaliśmy sami. Szymon siada za kierownicą.

– Nie odpala – mówi.

Próbujemy odpalić samochód na sto sposobów. Jedyny sygnał życia jaki prius wydaje z siebie to denerwujący bzyczek. Oznacza to nie odpalaj samochodu, natychmiast wezwij pomoc – tak przynajmniej twierdzi instrukcja.

– Też tutaj przyjeżdżam na zachód – mówi mechanik przypinając kable do akumulatora.

– Randka trochę się przedłużyła, ale nie szkodzi – mówi Szymon.

– Nie was pierwszych stąd zwożę – mówi mechanik.

Wsiadamy do samochodu. Odpalił.

– Trzeba było słuchać mojego taty jak mówił, żeby zawsze gasić światła jak silnik nie pracuje – mówię.

ulica w Santa Barbarze, palmy

Santa Barbara jest zaledwie 1,5 godziny drogi od Pismo Beach, a z Doliny Krzemowej to około 5-6 godzin. Gdy zapragniemy dogrzać się to nic nie stoi na przeszkodzie, aby znaleźć odrobinę słońca na życzenie. Zwłaszcza gdy tydzień wcześniej szusowaliśmy na stokach w Tahoe.