Kauai w deszczu, czyli przygoda podczas flash flood

czwartek, 25.08.2016

Razem z Szymonem wracamy z kanionu Waimea do miasteczka Kekaha. To trzeci dzień naszego tygodniowego wypadu na Kauai na Hawajach. Granatowe niebo rozciąga się po horyzont, a deszcz bębni o szyby samochodu. Łudzimy się wciąż, że pogoda zlituje się nad nami. Może będzie szansa na kajaki, wyprawę po szlaku Kalalau i nurkowanie? Patrzymy w niebo. Chyba się przejaśnia. Deszcz na Kauai krzyżuje nam plany.

deszcz

Kauai, deszcz

Deszczu, ach mój deszczu

Dzisiaj zatrzymujemy się na kampingu Salt Pond w miasteczku Kekaha. Wygląda przyjaźnie, są otwarte prysznice, palmy oraz zadaszone stoły i drewniane budki, w których można podłączyć się do prądu. Tak się składa, że kamping to ulubione miejsce lokalnych mieszkańców walczących o niepodległość Hawajów oraz bezdomnych. Jedni okupują budkę na wejściu, drudzy budkę przy plaży. Turyści rozbijają namioty pomiędzy dwoma obozami.

Mży, a wiatr zwiewa wszystkie przedmioty ze stolików. Pogoda na noc zapowiada się dość kiepsko, wilgotność dobija do stu procent.

Rozbijamy namiot. Klops: dziura w tropiku, którą zignorowaliśmy wcześniej, staje się problematyczna. Nie zastanawiając się zbyt długo, Szymon ceruje tropik taśmą izolacyjną.

Rzucam okiem na stan obozowiska. Namiot lichy, tropik cienki, tyczki ledwo wytrzymują napór wiatru.

– Zaleje nas – stwierdzam.

– To tylko jedna noc. Poprawię linki i zobaczysz, że będzie dobrze – mówi Szymon.

Sprawdzam prognozę pogody. Ostrzeżenie o „flash flood” obowiązuje do niedzieli, czyli do dnia kiedy wyjeżdżamy. Szybka decyzja: to ostatni dzień na kampingu, później przenosimy się do hotelu lub pensjonatu. Dave, od którego wypożyczamy sprzęt, wspominał, że wynajmuje pokoje i jakbyśmy chcieli to bez problemu będzie dla nas miejsce. Dzwonimy.

– Jesteśmy na Salt Pond Campground. Prognoza mówi, że będzie padało przez kilka następnych dni. No i jest ostrzeżenie o flash flood. Czy nie masz może jakiegoś wolnego pokoju? – Szymon pyta Dave’a.

– Oddzwonię za pięć minut, muszę sprawdzić.

skrzynka na listy na Kauai

Dave oddzwania po dwudziestu minutach. Mamy pokój! To tylko jeden nocleg, ale dobre i to. Resztę znajdziemy później. Ze spokojem ducha chowamy się przed deszczem w namiocie. Jest już ciemno.

W środku szmaciaka armagedon. Wiatr hula, fale ryczą, deszcz dudni po namiocie. Konstrukcja polowego domku nagina się w lewo i w prawo. Szymon wybiega na zewnątrz, aby poprawić śledzie. Metaliczny odgłos wbijanych kamieniem kołków rozbrzmiewa na kampingu. Szymon następnie przywiązuje namiot do drzewa dodatkową linką. Może nie odfruniemy. Wchodzi do namiotu. Czekamy.

Słyszymy, że sąsiedzi obok zwijają interes. Dwie godziny później, pokonani przez szalejący wiatr, przenosimy się do samochodu.

Około północy aura uspokaja się. Wracamy z powrotem do namiotu i zapadamy w sen.

Kap. Coś mokrego i zimnego spływa po moim policzku. Kap. Otwieram oczy. Kap. Dotykam leżankę. Wilgotna! Zrywam się sprawdzić resztę rzeczy. Plecak z dokumentami, aparatem i książkami, śpiwory oraz część ubrań jest mokrych. Wyrywam Szymona ze snu. Ten wyskakuje z namiotu, wkłada na siebie pelerynę i biegnie z plecakiem do auta. Zostaję sama, aby spakować resztę rzeczy.

Widok z namiotu na Kauai, morze, śniadanie, ładna pogoda, plaża Anini

Białe światło latarki policyjnej opiera się o namiot.

– Wstawać! Potrzebuję zobaczyć pozwolenie na nocleg! Szybko! – nakazuje damski głos.

Pozwolenie, gdzie jest pozwolenie? W którejś torbie. A czy Szymon nie wziął go ze sobą? Jest! Wyczołguję się z namiotu i pokazuję papierek. Na zewnątrz zacina deszczem.

– W porządku, dziękuję. Następnym razem proszę przypiąć pozwolenie na zewnątrz namiotu, w widocznym miejscu – mówi strażniczka. Stoję przed nią w różowej piżamie z kotem.

– To się już więcej nie powtórzy, obiecuję– odpowiadam wedle tutejszego zwyczaju.

Jest piąta rano. Szymon przybiega i w dziesięć minut składamy klamoty. Lądujemy w samochodzie. Żonglujemy klimatyzacją ciepło-zimno, aby jak najprędzej pozbyć się wilgoci z wnętrza auta i wysuszyć rzeczy. Jeszcze tylko trzy godziny i będziemy mogli normalnie zjeść śniadanie.

kanion Waimea, Kauai, Hawaje

Deszcz na Kauai, czyli dzień w Lihue

Wchodzimy do naszego pokoju. Jest sucho. Jest czysto. W powietrzu unosi się zapach lokalnego drewna, z którego wybudowany jest dom. Przydymione światło wpada przez zaciągnięte drewniane żaluzje. Obrazy tutejszych artystów ozdabiają ściany pomalowane na soczystą zieleń. Środek pokoju zajmuje wielkie, wysokie łoże małżeńskie. Skórzany fotel stoi w kącie pod oknem. Do toalety nie ma drzwi, jest za to zasłonka. Ścianka z luksferów oddziela prysznic od reszty pomieszczenia. Aloha!

Przestaje padać. Dave zachęca nas, abyśmy poszli obejrzeć wodospad Kailua. Podobno można się w nim kąpać, a za ścianą wody jest wyżłobiona jaskinia. Brzmi bajkowo. Pakujemy się więc w samochód i ruszamy na objazdówkę po okolicy.

Ściana deszczu pod wodospadem Kekaha, Szymon w zielonej kurtce przeciwdeszczowej, Ania w czerwonej, pada, ale uśmiechają się

Wodospad Kekeha

Na miejscu siąpi. I znowu fiku miku, kwiat lotosu i wbijamy się w ortalionowe wdzianka. Dzisiaj kapanina nie robi już specjalnego wrażenia. No, może oprócz tego, że po moich nogach spływa najczystszy i najcieplejszy deszcz w moim życiu. Robimy selfika i biegniemy do samochodu. To wodospad zaliczony. Pięć minut. Co teraz? Muzeum Kauai.

Po reakcji pań z muzeum Kauai można wnioskować, że nie przeżywało ono takiego oblężenia od dawna. Przewodniczki drżącymi rękoma wskazują kierunek zwiedzania. Jest małe zamieszanie, niektórzy chcą oglądać film dokumentalny, inni zwiedzać eksponaty. Ożywienie unosi się w powietrzu.

Wnętrze muzeum o historii Kauai, portrety hawajskich królów, berła, pamiątki

Po półtorej godziny zagłębiania się w dzieje rodzin królewskich na Hawajach wychodzimy z muzeum nie tylko z szerszymi horyzontami, ale także z kilkoma ziarnami lokalnych roślin. Będzie co sadzić na balkonie.

Jak deszcz na Kauai to my idziemy do familijnego fryzjera

Szymon nie zdążył odwiedzić fryzjera przed wyjazdem, więc postanawia zajrzeć do „Barber shop” w miasteczku Lihue. Przed wejściem do Ikeda Barber Shop stoją dwie kolumny z helisowymi liniami w kolorze białym, czerwonym i niebieskim, czyli „Barber’s pole”. Zwyczajowo takie kolumny oznaczają salon fryzjerski. Wchodzimy.

Siadam po prawej stronie od wejście na podłużnej, skórzanej pufie. Przede mną widok na maleńki salon fryzjerski, który wygląda jak sprzed epoki. W środku rozgardiasz. Na każdej półce i przy każdym lustrze stoją w nieregularnych rzędach lakiery do włosów, pianki, żele, maszynki, nożyczki i brzytwy. Fryzjerzy bez patrzenia sięgają po potrzebne im przyrządy. W powietrzu lata mieszanka kurzu i świeżo obciętych męskich włosów. Szumowi suszarek akompaniuje ryk telewizora, w którym leci odpowiednik telezakupów mango.

Przygotowanych jest sześć masywnych foteli fryzjerskich. Na każdym z nim siedzi mężczyzna, plus trzech czeka w kolejce. Siedzą na zydelkach po drugiej stronie od wejścia i uśmiechają się przyjaźnie. Miejscowi obserwują mnie ukradkiem, co sprawia, że czuję się nieswojo. Na ratunek przychodzi właściciel salonu.

Osiemdziesięciolatek o czarnych włosach i szczerym uśmiechu siada obok mnie. Zaczynamy rozmawiać, a raczej przekrzykiwać warczące suszarki. Opowiada o tym, jak przyjechał z Japonii na Kauai, że biznes kręci się od pięćdziesięciu lat, że jego ojciec był fryzjerem, więc postanowił kontynuować tradycję rodzinną, i że nauczył fachu swoich synów i synową. Właściciel opowiada o swoim synu, Randym, który zajmuje się artystycznym cięciem włosów. Spośród całej rodziny tylko on umawia się z klientami na cięcie.

Randy strzyże w tym momencie klienta. Fryzura a’la z amerykańskiego teledysku hip-hopowego powstaje na jego głowie. Randy pracuje nad idealną linią na skroni faceta. Trzyma w swoim ręku brzytwę. Z mistycyzmem przycina włos po włosie. Skupiony jest Randy i skupiony jest klient, który ani drgnie na fotelu. Nie ma miejsca na pogawędkę. Gdy Randy kończy, podaje klientowi chusteczkę, aby wytarł sobie pot z czoła.

Deszczowe chmury nad wodospadem Kekeha na hawajskiej wyspie Kauai, dużo bujnej roślinności

– A skąd jesteście? – pyta właściciel salonu.

– Z Polski.

Pierwsi klienci z Polski w ich życiu! A czy w Polsce nie jest zimno? Strasznie daleko z Polski na Hawaje! Jaka jest różnica czasowa? Dwanaście godzin! Niesamowite. Mamy szwagierkę z Portugalii. To niedaleko. O klient, przepraszam, muszę wracać do pracy.

Widzę, że Szymon gawędzi ze swoim fryzjerem, coś mu pokazuje na swoim telefonie, to wskazuje na telewizor. Śmieją się cały czas.

Po trzydziestu minutach Szymon wychodzi z salonu jak nowy. Gdy idziemy do samochodu, mówi, że dowiedział się, co ludzie robią na Kauai, gdy pada.

– Gość mi powiedział, że byłoby dobrze, gdybym spłodził syna na Hawajach.

I dlatego tak się śmiali.

Deszcz na Kauai: w Poipu

Po dzikiej części Kauai, na sam koniec wyjazdu trafiamy do części turystycznej, czyli do miasteczka Poipu. To najbardziej wysunięta na południe część wyspy, na której ma teraz nie padać, a nawet w prognozie pokazuje się słońce. Nasz hotelik, Poipu Inn, znajduje się w centrum turystycznego el dorado.

Hoteli po horyzont, a w środku dwie galerie handlowe ze sklepami i restauracjami. Ludzie spacerują wzdłuż betonowych alejek, cieszą się. Pola golfowe ciągną się wzdłuż ulicy, zaraz przy plaży piętrzy się Sheraton czy inny Hilton.

Sztuczne środowisko Poipu przyciąga mnóstwo turystów. A oni nie mają okazji nawet ubrudzić sobie stóp, bo alejki są wybetonowane. Spacerują od jednego sklepu z pamiątkami do drugiego, panie wyfryzowane, a panowie w wyjściowych koszulach. Po środku my – w japonkach, luźnych krótkich spodenkach i rozczochranych włosach. I co można tutaj robić? Nie ma dzikiej plaży, gwiazd nie widać, za wszystko trzeba zapłacić.

Ale mimo to spędzamy miło wieczór. Są świece, muzyka na żywo, dobre jedzenie i bonus dla nowożeńców w postaci wielkiego hawajskiego ciasta. Jest aloha.

Kauai to wyspa kontrastów. Biedni i bogaci, sucho i mokro, turystycznie i dziko. Zawsze jest co robić, wystarczy wykazać się większą elastycznością. Nie udało nam się przejść szlaku Kalalau, nurkowanie w oceanie i spływ kajakiem musimy przełożyć na następny sezon. Ale to dobrze wyjeżdżać z niedosytem. Na pewno przylecimy na wyspę raz jeszcze.


Jeżeli chcecie poczytać więcej o Kauai:

  1. Kauai podana na dziko
  2. Co znaczy Aloha?