Paralotnie w Albanii (Vlora)

środa, 21.05.2014

Zielony mówił, że na paralotniach zawsze najprzyjemniej jest na drugi dzień. I trudno się z nim nie zgodzić. Dopiero kiedy emocje opadły i adrenalina odeszła w zapomnienie, byliśmy w stanie docenić piękno widoków albańskich krajobrazów widzianych z góry. Paralotnie w Albanii to jest to!

Vlora Albania

Paralotnie w Albanii – drugi etap szkolenia

Wyjazd do Albanii był kolejnym etapem naszego szkolenia paralotniowego. Po pierwszym etapie, przeświadczeni o własnych umiejętnościach (a przynajmniej wspomnieniach po nich) ruszyliśmy w nieświadomą podróż na granicy paniki i strachu. Wszystko zaczęło się od trzydziestogodzinnej podróży do Vlory (nadmorski kurort, drugie, co do wielkości miasto Albanii). Niestety plan dwudziestogodzinnego przetransportowania się ze Szczyrku do Albanii pokrzyżowała nam powódź w Bośni i Hercegowinie. Każda próba przekroczenia granicy chorwacko-bośniackiej kończyła się fiaskiem – celnicy nikogo nie wpuszczali. Pozrywane mosty i utrudnienia na drogach nie były nam w smak, wobec czego postanowiliśmy nadrobić sześćset kilometrów moją ulubioną, i jak dobrze znaną, trasą przez Chorwację.

Chorwacja

Moja Chorwacja

Prawie każde wakacje do tej pory spędzałam właśnie tam. Z rodzicami zjeździłam ją wzdłuż i wszerz, znam każdy jej zakamarek. Niestety wyjeżdżaliśmy tam tylko w okresie od czerwca do końca sierpnia. Dlatego ciekawym doświadczeniem, w zasadzie zapierającym dech w piersi, było ujrzenie zielonej odsłony Chorwacji. Wszędzie pełno chabrów, maków oraz soczystej zieleni skontrastowanych z grubymi, i złowrogimi deszczowymi chmurami. W dolinie Neretwy zamiast tradycyjnych brzoskwiń i nektarynek, przydrożni sprzedawcy oferowali pomarańcze ułożone w zachęcająco zwisających siatkach. Dubrovnik, nasz ulubiony, jak zwykle gościł jakieś wielkie wycieczkowce i zachwycał swoim tajemniczym, południowym pięknem. W Czarnogórze restauracja nad samym morzem miło ukoiła zmęczenie i głód winem oraz dobrym jedzeniem. A pierwsze w sezonie spotkanie stóp z morzem jak zwykle było przeżyciem. Za to już na granicy z Albanią po raz pierwszy w życiu mieliśmy okazję podziwiać muzułmańskie cmentarze – zamiast nagrobków wybudowane były posągi – coś na zasadzie klasycznego krasnoludka ze spiczastą czapką.

Albania

Dzika Albania

Początkowe wrażenia z Albanii to przede wszystkim niebieskie pojemniki na deszczówkę przy każdym domu, wszechobecny plac budowy i dramatyczny stan dróg. Przy dwudziestej którejś godzinie podróży niezapowiedziane dziury, nagłe zmiany toru jazdy – bo dziura na drodze – nie były komfortowe. Ale jakoś dojechaliśmy. Nasz apartament na pierwszy rzut oka wyglądał bardzo dobrze. Był to nowy budynek, świeżo oddany do użytku. Nadzieje były wygórowane. Jednak przy bliższym rekonesansie okazało się, że bojler nad toaletą był przybity ku chwale ojczyzny, poręcz na balkonie ledwo była przykręcona do ściany, a framugi okien miały takie dziury, że spokojnie można było tam włożyć palec. Ogólnie mieszkanie wyglądało tak, jakby nikt od poprzedniej wizyty naszej szkoły (miesiąc wcześniej) tam nie sprzątał, ani nawet do końca nie rozpakował mebli z folii. Uroku dodawał cygański slums naprzeciwko, z widokiem na wysypisko śmieci i pomyje wylewające się przez balkon. Jednakże najlepszy okazał się nasz lokalny sklepik, w którym nie było ani prądu ani drzwi – wchodziło się przez okno balkonowe. Nowe miejsce, nowe zwyczaje. Podejrzewam, że nikt nie spodziewał się luksusów na miarę pięciogwiazdkowego hotelu, jednakże taki stan rzeczy przerósł nasze oczekiwania. Więcej o zwyczajach w Albanii znajdziecie tutaj: Albania.

Vlora

Pierwsze kroki w uprzęży

Paralotnie w Albanii to osobliwe doświadczenie. Na następny dzień udaliśmy się od razu na nasze startowisko i lądowisko. Lądowisko znajdowało się na miejskiej plaży. Jej stan używalności również pozostawiał wiele do życzenia – walające się śmieci (wśród których znaleźliśmy zużytą strzykawkę), pełno glonów i smród rozkładającego się czegoś (prawdopodobnie martwego zwierzęcia lub po prostu mięsa) nie napawały nas optymistycznie – przy takim przygotowaniu łatwo o np. potarganie skrzydła. Ale nic to, pojechaliśmy do góry. Po drodze mijaliśmy albańskie wioski, a w nich objuczone muły (czegoś takiego nigdy w życiu nie widziałam!), krowy i kozy pasące się na i przy drodze (to standard). Na górze pasterze wyprowadzali stada kóz i owiec na piękne zielone polany – trochę przypominały mi bieszczadzkie połoniny. Takimi okolicznościami przyrodniczymi aż trudno było się nie zachwycić. I zachwycałam się do momentu się założenia uprzęży pierwszy raz od dwunastu miesięcy.

miasto

Przygoda była taka: rok wcześniej, na lotnisku w Bielsku-Białej warunki pogodowe nie sprzyjały lotom – silny wiatr, mokro. Ale mimo to, próbowaliśmy tam postawić skrzydło i przebiec z nim kilka metrów. Jeżeli jednak ktoś waży niewiele, to w takim wypadku szarpało i unosiło do góry. Samo. Bogata w takie wspomnienia, mając perspektywę lotu z siedmiuset metrowego przewyższenia i kompletny brak „paczki zachowań paralotniarza” wpadłam w panikę. Szymon tylko zacisnął zęby i poleciał. Mnie zajęło to chwilę, ale wystartowałam.

paralotnia nad Vlorą

Widoki z góry podobno przepiękne – kompletnie inna perspektywa, wiatr dmucha, a w dole morze delikatnie szumi na plaży. Podobno. Spanikowana nie wiedziałam, co robić. Wyglądało to mniej więcej tak: „może tutaj skręcić w lewo? A może w prawo? Cholera nie słyszę instruktora przez radio. No mówże jeszcze raz co mam robić! Jezu jestem nad budynkami, a nie tu mieliśmy latać. Niech mnie ktoś wypnie z tego dziadostwa. W końcu na lądowisku: raz, dwa, trzy… ziemia.” Chaos i blokada – tak nazwałabym swój pierwszy lot. Podejrzewam, że moi koledzy mieli podobne przeżycia, tylko wstyd było im się przyznać. Ale fakt – trzeba mieć jaja, żeby to zrobić. I z perspektywy (tak, na drugi dzień i najlepiej z kanapy w domu) muszę przyznać, że było świetnie. Bo koniec końców, nie każdy ma taką możliwość w życiu. Ja miałam. I chwała za to!

góra

Z widokiem na Korfu

Następnego dnia pogoda miała dopisywać na górze nieopodal. Zachodnioeuropejskimi standardami pięćdziesiąt kilometrów to przejażdżka maksymalnie półgodzinna. W Albanii należało nałożyć na to poprawkę. Jak już wspominałam wcześniej, drogi były w fatalnym stanie, np. o osuwiskach lub innych przeszkodach nie informowały żadne znaki drogowe. Całe szczęście, że Łukasz – nasz instruktor i kierowca – potrafił jeździć i wiedział, że czujność nie może być uśpiona choćby na chwilę. Bo nie daj Boże krowa wyskoczy zza zakrętu i co wtedy? Jednakże sama droga była bardzo malownicza i rekompensowała wszelkie niedogodności. Powoli wspinaliśmy się coraz wyżej, a góry odsłaniały przed nami swoją dzikość. Za to po drugiej zatoki wszyscy zamarliśmy z wrażenia. Przed nami otworzyła się piękna panorama ośnieżonych Gór Dynarskich, które bezpośrednio łączyły się z wybrzeżem o białych plażach. Na wprost zarysowywała się grecka wyspa Korfu. Adrenaliny dodawała nam kręta droga prowadząca w dół do plaży.

polanka

Plaża to najlepsze lądowisko dla początkujących paralotniarzy. Wątpliwego uroku dodawały jej wszechobecne schrony będące pamiątką po komunistycznym dyktatorze Hodży. Ów pan panicznie bał się urojonego nieprzyjaciela, wobec czego uzbroił cały kraj w kopułkowe schrony mające chronić kraj przed najeźdźcą. W tym momencie służą raczej jako ciekawostka turystyczna, bo nie dodają żadnych walorów estetycznych krajobrazowi. Dziwne, że nikt jeszcze ich nie zburzył. Po krótkim rekonesansie warunków udaliśmy się z powrotem na górę. Tego dnia przewyższenie miało już tysiąc czterysta metrów.

na Korfu

Z plaży szczyt wyglądał imponująco, a nawet budził przed nami respekt. Adrenaliny po raz kolejny dostarczyła nam droga – kręta, wyboista, bez barierek, z ostrymi zakrętami. A my wypakowanym Transitem ruszyliśmy w górę z dziesięcioosobową załogą. Zamknęłam oczy, ściskałam Szymona za rękę i modliłam się, żeby już wysiąść. Perspektywa zsunięcia się ze zbocza nie należała do najbardziej optymistycznych. W końcu zatrzymaliśmy się. Mnie ciśnienie już wystarczająco podskoczyło, a nawet nie miałam jeszcze paralotni na plecach. Limit adrenaliny na dzień został wyczerpany, więc moja paralotnia została w samochodzie. Za to chłopcy musieli swoje pakuneczki wrzucić na barki i wio do góry!

plaża

Natura przez duże N

Tylu dzikich fiołków, rumianków i innych łąkowych kwiatów nigdy nie widziałam. Słodki zapach unosił się w powietrzu, któremu akompaniowało brzęczenie pszczół. Pod nami budowały się chmury, a nad nami górowały ośnieżone szczyty. A wokół pustka.

rumianki

Na górze warunki zapowiadały się dobrze – lekki wiatr zachęcał do lotów. Dlatego Zielony czym prędzej przyszpeił się i wystartował. Dał nam mały popis jak wygląda prawdziwe latanie: znajdywał noszenia i delikatnie nabierał wysokości od czasu do czasu wykonując wing-overy. Pogoda na loty wydawała się idealna! Do czasu. Kilka chwil później warunki zmieniły się diametralnie, a paragliding przekształcił się w parawaiting. Niestety po kilku godzinach czekania oraz odmarzniętych nosach (temperatura wynosiła ok. 10 stopni) postanowiliśmy zejść do samochodu. Jeden dzień lotów w plecy, ale warto było, chociażby dla samych widoków.

chmura

I na takim opisie paralotniarstwa powinnam zakończyć. W trzech zdaniach – paralotnie w Albanii były jak rytuał: wstajemy, śniadanie, wjazd na górę, zlot, zjazd na lądowisko, jazda do góry, zlot, wyjazd, obiad w restauracji, omówienie lotów, sen. Niby monotonnie, ale jednak wszyscy naładowaliśmy swoje baterie. Widoki z góry i dzikość terenu była nieziemska. Po miesiącach spędzonych za biurkiem połączenie z naturą koiło zmysły.