Teneryfa – Pico del Teide

środa, 10.06.2015

Wulkan i jego szczyt Pico del Teide jest największy. Monumentalny, czuwa nad Teneryfą od czasu do czasu łapiąc chmury na swoim czubku jak gdyby piankę z ptasiego mleczka. Przez cały tydzień spędzony w Puerto de la Cruz witał nas rano, gdy wychodziliśmy na balkon. Dlatego chcieliśmy się bliżej zapoznać. Naszym następnym punktem na mapie było małe miasteczko Vilaflor uczepione na zboczu wulkanu. Kolejnego dnia ruszyliśmy zobaczyć go z bliska przez Park Narodowy Teide. Nie byliśmy przygotowani na to, co nas tam spotkało.

Ten post jest fragmentem napisanego przeze mnie Przewodnika po TeneryfieKliknij, żeby go zobaczyć.

Streszczenie:

Puerto de la Cruz, Teneryfa, zachód słońca, pomarańczowe kolory

Wulkan i szczyt Pico del Teide

Park Narodowy El Teide został wpisany na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO w 2007 roku dzięki najlepiej zachowanemu krajobrazowi wulkanicznemu na świecie. W czasach Guanczów (pierwszych znanych mieszkańców Teneryfy) wulkan był symbolem kultu religijnego. Powstało także wiele legend na jego temat.

„Teide (Echeyde) była świętą górą Guanczów i siedzibą bogów, podobnie jak Olimp dla starożytnych Greków. Według legendy demon Guayota porwał Mageca (boga światła i słońca) i uwięził go pod wulkanem, pogrążając świat w ciemności. Guanczowie błagali najwyższego boga Achamána o pomoc. Achamán zwyciężył Guayotę, zatkał nim wylot krateru i uwolnił Mageca. Od tej pory, kiedy Guayota próbował wydostać się w czasie erupcji wulkanu, Guanczowie palili wielkie ogniska, aby go przestraszyć. Guayota zwykle występował pod postacią czarnego psa, któremu towarzyszyły inne demony. Guanczowie wierzyli, że Teide sięga do nieba. W wielu niedostępnych miejscach znaleziono kamienne narzędzia i ceramikę. Przypuszczalnie były to dary przebłagalne dla złych duchów, które mieszkały na górze.” [źródło: Wikipedia] Zbocza El Teide, mimo że pozornie wygląda na jałową ziemię (tylko kupę kamieni) to dom dla wielu unikalnych zwierząt (ponad 400 gatunków) i roślin (ponad 200 gatunków), w tym endemitów (np. fiołek z Teide – violeta del Teide). Sami byliśmy zdziwieni widząc znaki informujące o nie wchodzeniu głębiej w ląd, gdyż w niektórych dniach odbywa się odstrzał kozłów.

Wulkan El Teide panorama znad pola lawowego, Teneryfa

Wulkan El Teide nocą

Gdy wspinaliśmy się naszym maleńkim volkswagenem w górę (na ok. 2000 m n.p.m.) otwierały się przed nami coraz to nowe panoramy na okolice Puerto. Po roślinności można było zgadywać, że jesteśmy już zdecydowanie wyżej – zamiast palm pojawiły się sosny, zamiast sukulentów rośliny z szerokimi liśćmi. Droga przez park prowadzi przez gęsty las. Niestety nie przewidzieliśmy, że kręta droga zajmie nam trochę więcej czasu, a już o godzinie 20 zmierzchało. Gdy wyjechaliśmy wyżej było już kompletnie czarno.

W ciemnościach wraz z zatkanymi uszami przemierzaliśmy pusty obszar. Nie wiadomo było jak duży, bo znikąd nie docierało światło. Jechaliśmy prosto przed siebie. Mieliśmy wrażenie, że jesteśmy w lesie, a krajobraz jaki był, taki jest.

Nie mijaliśmy żadnego samochodu, nie widzieliśmy nic poza ciemnością. Nie wiedzieliśmy, w którym dokładnie miejscu byliśmy, ale GPS dzielnie prowadził nas dalej. W pewnym momencie wyjrzałam trochę bardziej z samochodu przez szybę i oniemiałam.

Natychmiast zatrzymaliśmy się i zgasiliśmy światła samochodu. Popatrzyliśmy w górę i nie wiedzieliśmy, co dokładnie mamy powiedzieć.

Nad nami wisiał ogrom gwieździstego nieba. Gwiazdy wysypywały się na nas, a Droga Mleczna była widoczna od początku do końca horyzontu. Tylko było trochę zimno, więc szybko wsiedliśmy do samochodu, a ja z głową na desce rozdzielczej obserwowałam niebo przez szybę. Co to było za miejsce? Nie wiadomo, ale obiecaliśmy, że wrócimy po więcej następnego dnia. Wulkan El Teide nas oczarował.

Gwieździste niebo z El Teide, mnóstwo gwiazd, jedna spadająca, Teneryfa

Vilaflor

Naszą następną bazą wypadową był Vilaflor – idealne miejsce na piesze wycieczki, jazdę rowerem, czy wyprawy na wulkan El Teide. Vilaflor to urocza wioseczka położona najwyżej na Teneryfie (1 400 m), gdzie wieczorami rozchodził się przyjemny zapach palącego się sosnowego drewna. Gdy dojechaliśmy na miejsce było już za późno na wypad do sklepu, a ponieważ byliśmy głodni postanowiliśmy poszukać restauracji.

Miasteczko oferuje niewiele wieczornych atrakcji, ale nam udało się trafić do jednej z najlepszych restauracji na Teneryfie – El Rincon de Roberto. Wygłodniali weszliśmy do środka, a tam typowe kanaryjskie wnętrze – skała wulkaniczna i drewniane belki z sosny. Klientów do pełna, więc czekaliśmy w barze na swoją kolej, a kelnerka podała nam tamtejsze domowe wino.

czerwone liście winorośli na tle bezchmurnego nieba w Vilaflor na Teneryfie
Na Teneryfie możecie spróbować wina, które rosnąc płoży się po ziemi. Dzięki czemu ma ono ziemisty, wulkaniczny smak. Bardzo dobrym pomysłem jest udanie się do jednej z licznych winnic i spróbowanie samemu lokalnego wina. My byliśmy np. tu: Bodega Reveron . Wina z małych winnic są o połowę droższe, kosztują bowiem ok. 6-7 euro. Powód jest prosty – mała i ekologiczna produkcja. Jeżeli macie ochotę na coś oryginalnego, szukajcie oznaczenia Denominación de Origen na etykiecie. Gwarantuje ono dobrą jakość i potwierdzone pochodzenie wina.

Ale wracając do restauracji…
Ciepło szybko rozeszło się po naszym ciele, więc przystąpiliśmy do wybierania dań. Ja zamówiłam sztandarowe kanaryjskie danie – królika, a Szymon żeberka. Co więcej, sam kucharz podał nam talerze z jedzeniem. A jedzenie fantastyczne. Dawno nic mi tak bardzo nie smakowało! Polecam restaurację El Rincon de Roberto po pierwsze za miłą obsługę, która mimo, że nie mówiła po angielsku, a my nie mówiliśmy za bardzo po hiszpańsku, stanęła na wysokości zadania. Co więcej, wszyscy pracownicy restauracji dali nam poczuć się jak w domu. Mimo, że ceny nie należały do najniższych, zdecydowanie warto było tam się wybrać.
A gdy mieliśmy ochotę na coś tańszego, naprzeciwko naszego hotelu znajdował się bar z domową kuchnią dedykowany głównie dla mieszkańców: (el bar de Siempre mapa) Za 12 euro zjedliśmy dwa pełne posiłki plus dwa piwa.

Widok na pola lawowe i krater El Teide, Teneryfa

Zdjęcia dniem i nocą

Tym razem postanowiliśmy wybrać się na Teide tylko po to, aby go obfotografować, a wieczorem pooglądać spadające gwiazdy (leonidy). Z Vilaflor na wulkan El Teide prowadzi piękna droga przez las sosnowy (pinares). Sosny te nie byle jakie, bo to endemiczne sosny kanaryjskie (pino canario) wysokie na 30-40 m z igłami sięgającymi nawet do 20-30 cm. Tylko kilka metrów powyżej Vilaflor kolor nieba był jak kolor dziecięcej niebieskiej kredki. Czegoś takiego w Krakowie nie uświadczyliśmy, takiego nasycenia kolorów, więc cieszyliśmy oczy jak dwa maluchy i piszczeliśmy z zachwytu. Droga na początku prowadziła po zewnętrznej stronie krateru, później przejeżdżaliśmy przez jak gdyby bramę i przed naszymi oczami pojawił się stożek Teide.

Teneryfa: Panorama z wysokości górnej stacji kolejki na El Teide. Widać krater wulkanu, chmury ponżej
Zaskoczył nas krajobraz wulkanu. Nocą wydawało nam się, że wokół rośnie najzwyczajniejszy las. Nie wiedzieliśmy, że jechaliśmy przez kompletne pustkowie, pełne ostrych wulkanicznych skał. Nie wiedzieliśmy, że pędziliśmy przez środek 40 km krateru, a to, co wydawało nam się lasem było po prostu ścianami lawy. Nie wiedzieliśmy, że przestrzeń w środku jest tak ogromna, że aż nie do ogarnięcia wzrokiem.
Dlatego zaskoczeni i zachwyceni postanowiliśmy obfotografować wulkan z każdej strony i przeznaczyliśmy na to cały dzień. Jeździliśmy od zatoczki widokowej do zatoczki. I był to bardzo dobry wybór, bo w ciągu jednego dnia nie bylibyśmy w stanie wyjechać także na szczyt. Droga przez krater Teide ciągnęła się przez 34 km, ale nie sposób było tak ot, obojętnie na widoki przejechać przez takie miejsce.
Popatrzcie na zdjęcia:

El Teide, Teneryfa, widok ze szczytu

I jeszcze jedno…

Teneryfa: stoimy pod szczytem wulkanu El Teide, pod nogami mamy żwir, jest tez dużo większych kamieni wokół
W listopadzie nad Teneryfą spadały gwiazdy – leonidy. Wobec czego postanowiliśmy, że wracając wieczorem zatrzymamy się jeszcze na chwilę i poobserwujemy niebo. Uzbrojeni w zimowe kurtki, buty, czapki i szaliki usadowiliśmy się w małym dołku chroniącym nas od wiatru. Niebo. Wtedy dokładnie zrozumiałam, co tak naprawdę znaczy „firmament nieba”, które dosłownie zwalało nam się na głowę. Wielkie, nieznane niebo z miliardami gwiazd i galaktyk, a my jak dwie mróweczki przycupnięci na końcu świata. I spadające gwiazdy z palącym się na niebiesko ogonem.

Teneryfa: Widok podczas zjazdu kolejką z El Teide. Ziemia ma kolor brunatny, w lewym dolnym rogu widać cień kolejki, poniżej krateru chmury

Pico del Teide

Za drugim razem na Teide wybraliśmy się inną trasą, tym razem prowadzącą z Los Gigantes. Dzięki temu mieliśmy szansę przejechać przez pola lawy czarnej jak smoła i wysokiej na 2 m. Coś czego nie przewidzieliśmy to duża różnica wysokości w krótkim tempie. Z poziomu 0 m n.p.m. (Los Gigantes) do dolnej stacji kolejki na szczyt na wysokości 2000 m n.p.m. przedostaliśmy się w zaledwie godzinę. Gdy wysiadłam z samochodu w głowie zawirowało i nie powiedziałabym, że należało to do najprzyjemniejszych odczuć. A tu jeszcze dodatkowy 1000 m w górę przed nami.

Widok z El Teide na Teneryfie, panorama, widać jak słońce odbija się w morzu, chmury poniżej wysokości szczytu
Wyjechaliśmy na górną stację kolejki, a następnie skierowaliśmy się na szczyt. Trasa miała zaledwie 200 m wzniesienia. Ale powiem szczerze, że to było jedno z trudniejszych 200 metrów w moim życiu. Zmiana ciśnienia i duża wysokość sprawiały, że serce chciało mi wypaść z klatki piersiowej. Każdy krok wymagał wysiłku. Ale było warto.
Na szczycie otworzyła się przed nami panorama na wszystkie sąsiadujące wyspy: La Gomerę, La Palmę i Gran Canarię. Po raz pierwszy w życiu widziałam zakrzywiony horyzont. Wszystko, co było poniżej wydawało się błahe i nieistotne. Błękit nieba zlewał się z błękitem oceanu. Samolot startujący z lotniska wyglądał jak igła wybijająca się przez chmury.
Na górze wzruszyłam się – nie podejrzewałam siebie, że to co widzę, może mnie wprawić w aż taki zachwyt. Dzień wcześniej niebo przygniotło mnie swoim ogromem, a dzień później świat mnie wprawił w oniemienie.

Widok ze szczytu El Teide na północną część Teneryfy, która pokryta jest w całości chmurami

Protips na wycieczkę na wulkan i szczyt Pico del Teide

Jadąc na wulkan El Teide należy pamiętać o kilku sprawach:
1. Koniecznie weźcie ze sobą dobre buty, jeżeli chcecie przejść choć kawałek więcej niż wysiąść z samochodu i pokręcić się wokół;
2. Czapki na głowę! Słońce mocno praży, a my nawet tego nie czujemy, bo wieje wiatr;
3. Kremy z filtrem – jak wyżej, nie wiadomo kiedy i gdzie, ale raczek nieboraczek na naszej skórze szybko może się pojawić;
4. Dużo wody – jest bardzo sucho;
5. Do kolejki na wulkan El Teide można kupić bilet przez internet.
6. Jeżeli chcecie wyjść na sam szczyt należy zarezerwować i wydrukować sobie wejściówkę. Liczba osób na szczycie jest ograniczona do 50. Dlatego zanim przyjedziecie na Teneryfę polecam dużo wcześniej zaplanować sobie wycieczkę. Są małe szanse na dostanie się na górę, jeżeli tego nie zrobicie.
7. Polecam zaplanować spędzenie dwóch dni na wulkanie.
8. Po zewnętrznej stronie krateru zorganizowanych jest wiele miejsc postojowych, gdzie możemy grillować w specjalnie do tego wyznaczonych miejscach
9. Nocą, gdy zdecydujemy się na oglądanie gwiazd, należy ubrać się bardzo ciepło, na cebulkę. Najlepiej zaopatrzyć się w kilka kocy, matę i termos z ciepłą herbatą. Naprawdę warto!


P.S.

Mam nadzieję, że podobał Ci się post. Jest on fragmentem napisanego przeze mnie Przewodnika po Teneryfie. Znajdziesz w nim więcej więcej materiałów o wyspie, praktyczne informacje oraz moje wrażenia. Zanim kupisz przewodnik, sprawdź bezpłatny fragment w PDF kliknij tutaj: Teneryfa bezpłatny fragment

Kliknij tutaj, żeby zobaczyć mój Przewodnik po Teneryfie.