Inny wymiar Kalifornii

piątek, 25.09.2015

Po trzech tygodniach sortowania, wyrzucania i pakowania w końcu dotarliśmy na kalifornijską ziemię. Tutaj niestety nie było końca formalności, więc przez pierwsze dwa tygodnie nie mieliśmy za bardzo okazji, aby cokolwiek zobaczyć. Ale przy odrobinie wolnego czasu udało nam się odwiedzić kilka miejsc. Oto Kalifornia!

Kali

Lot

Nasz lot trwał 16 godzin razem z przesiadką w Sztokholmie. Jednak zanim Sztokholm trzeba było jakoś przetransportować się z Krakowa. Przyznam szczerze, że nigdy nie widziałam Bałtyku z takiej perspektywy. Proszę bardzo morze:

IMG_20150902_134236

Ze Sztokholmu mieliśmy okazję polecieć słynnym Boeingiem 787 Dreamliner. Tak jak zapewniają twórcy, samolot ten ma o 60% większe okna, chromatycznie ściemniane szyby, lepszą mieszankę powietrza, aby zapobiegać bólom głowy, wyższy, kolorowo podświetlany sufit. Jak obiecali, tak było. Po wylądowaniu nie byliśmy tak bardzo wymordowani, jak mogłoby się wydawać. Nic tylko codziennie latać przez Atlantyk!

Do Stanów lecieliśmy nad Grenlandią. Z ciekawostek przyrodniczych: Grenlandia to największa wyspa na świecie, zamieszkała jest przez Inuitów i stanowi autonomiczne terytorium zależne od Danii. Z góry wygląda imponująco, wszędzie lód, lód, lód…

Grenlandia

Ołszyn/Ocean Atlantycki

Gdy myślicie o Kalifornii zapewne pierwsze, co przychodzi Wam na myśl to promenada, po której jeżdżą dziewczyny na wrotkach i faceci na modnych rowerach z doczepionym radiem i rapem płynącym z głośników. Tak jest tylko w najbardziej popularnych miejscach. Wybrzeże, które my zobaczyliśmy było zgoła inne. Zimna woda, piękne fale, wiatr, urwiste klify. Tak wyglądała Half Moon Bay.

Half Moon Bay

Plaży nigdy dość, więc wybraliśmy się autostradą numer 1 z Half Moon Bay do Santa Cruz. Po drodze mieliśmy okazję oglądać takie widoki:

Highway 1 plaza

Highway 1 to jedna z najpiękniejszych amerykańskich dróg i nie ma w tym ani trochę przesady.

klify

Tak to się robi:

lans

Santa Cruz to kurort, w którym należało się lansować gołą, umięśnioną klatą i plażowym rowerem. Niemniej jednak sama promenada wyglądała jak bulwar w Beverly Hills – po dwóch stronach rzędem rosły wysokie palmy.

Santa Cruz

Na samym środku deptaka znajdowało się cukierkowe wesołe miasteczko, z najstarszym drewnianym rollercoasterem na świecie. Co ważne, nie panowała tutaj atmosfera tandetnego odpustu – budynki, mimo że bajkowe i kolorowe wtapiały się w ogólny klimat miejsca.

surf

Kalifornia równa się wino, czyli Sonoma Valley 

Kalifornia winem stoi. We wrześniu wybija szczyt sezonu winiarskiego, wobec tego nie mogliśmy sobie odmówić wybrania się do samego centrum winnej zabawy, czyli do Sonoma Valley. Wybraliśmy się na degustowanie wina do winiarni B.H. Cohl. Możecie sobie tylko wyobrazić jak zabawnie jest już o 11, gdy pani kiperka podaje wam pod rząd 8 lampek wina (na szczęście nie pełnych). W wyborowych nastrojach przechadzaliśmy się po winnicy. Trzeba przyznać, że wino było pyszne, razem z ich octem i oliwą z oliwek. W to mi graj!

Sonoma

Po degustacji wybraliśmy się do centrum Sonomy. Zupełnie przez przypadek trafiliśmy na występy lokalnej podstawówki, które to przybliżały kulturę meksykańską. Jedzenia, tańców i śpiewów nie było końca.

tancereczki

Apetyt rośnie w miarę jedzenia. Jesteśmy oczarowani Kalifornią i póki co planujemy w każdy wolny weekend gdzieś pojechać. Oprócz widoków i przyrody przeżywamy także mały szok kulturowy. Jest o czym pisać 🙂 Czekajcie na dalsze relacje.