St Maarten – relacja i porady

piątek, 22.11.2013

– Good afternoon – mówi taksówkarz, gdy wtaczamy się do samochodu. Cisza. – Good afternoon – ponawia. – Tutaj musicie z każdym się witać, inaczej wychodzicie na niegrzecznych. Wobec tego „Good afternoon”. Po francuskiej arogancji, zwykła życzliwość wydaje się czymś niespotykanym. A oto St Maarten.

Paris, je t’aime

Po kilku dniach w Paryżu poprzedzających przyjazd na wyspę St Maarten/St Martin przyzwyczailiśmy się do odburkiwania turystom starającym się mówić po francusku. Paryż był idealnym przedsmakiem naszego romantycznego wypadu. Spacery wzdłuż Sekwany, wyjazd na Montparnasse (z widokiem wprost na wieżę Eiffela), wizyta w pałacu Versaille, a to wszystko oczywiście ukoronowane co wieczorną lampką czerwonego wina. Co ciekawe, we Francji najtańsze wina za ok. 2-3 euro smakują tak, jak wino w Polsce kupione za ok. 30 zł. Nic więc dziwnego, że Francuzi to znawcy czerwonego trunku. Jednakże paryska aura nie sprzyjała rozkoszowaniu się widokami i zabytkami, a my zapatuleni w płaszcze i czapki wyczekiwaliśmy ciepła karaibskiej wyspy.

hotel

A może to sen?

Wsiedliśmy do samolotu przy radosnych dźwiękach karaibskiej muzyki. Współpodróżnym udzielał się dobry nastrój dopóki, dopóty nagle nie usłyszeliśmy krzyków więźnia, który szarpał się – jak się wkrótce okazało – trzy rzędy za mną. Krzyczał, że w samolocie jest bomba i zaraz wybuchnie – to był pierwszy moment kiedy pożałowałam, że znam francuski. Pan siedzący obok mnie mówił, żebym się nie denerwowała, bo więźniowie zawsze tak robią, gdy nie chcą opuścić Francji. A wszystko to w drodze na rajskie wakacje. Na szczęście po kilku minutach zawieruchy skuty więzień został wyprowadzony, a my mogliśmy spokojnie oddać się przyjemnościom lotu transatlantyckiego.

Gdy wylądowaliśmy na Sint Maarten oniemiałam z wrażenia: ciepło, słońce, palmy. Pierwsze wrażenie to uderzająca wilgoć otulająca każdy zakamarek ciała. Szybko zrzuciłam z siebie paryski płaszcz i wskoczyłam w ukochane japonki. Przyjezdnym na lotnisku wtórowała lokalna muzyka, która po wielu godzinach lotu działała jak miód na serce. W taksówce termometr wskazywał dwadzieścia siedem stopni. W połowie listopada.

Cudów nie było dość – śpiew rajskich ptaków i bajeczna temperatura wody wprowadzały w błogi nastrój. Przy zachodzie słońca położyłam się na plaży i nie mogłam uwierzyć, że ja tam naprawdę jestem. A może to był zwykły jet lag?

karaiby zachod

Krótko o St Maarten

Wyspa jest częścią archipelagu Małych Antyli, w skład których wchodzą również np. Anguilla, Wyspy Dziewicze, Gwadelupa czy Martynika. Sint Maarten dzieli się na dwie części: holenderską i francuską (wchodząc tym samym w skład COM – collectivités d’outre-mer, czyli wspólnota zamorska). To jeden z najmniejszych terytoriów podzielonych między dwa kraje.

St Maarten to jedna z pierwszych wysp, które spotkał na swojej drodze Krzysztof Kolumb w trakcie wyprawy do Nowego Świata. Prawdopodobnie zacumował tam statek 11 listopada 1493 roku, w dzień świętego Marcina, skąd wywodzi się nazwa wyspy. W czasach niewolniczych hodowano tutaj bawełnę, tytoń i cukier trzcinowy. W 1848 roku Francuzi zabronili niewolnictwa, piętnaście lat później Holendrzy zdecydowali się na ten sam krok. A dzisiaj amerykańscy turyści wylegiwują się w licznych kurortach, tym samym tworząc podstawę ich gospodarki. My nie chcieliśmy być gorsi.

palma

Plaża, morze i Budda

Podejrzewam, że każde takie egzotyczne miejsce oferuje mniej więcej taką samą listę rozrywek, a mianowicie plażę i sporty wodne. Sint Maarten nie była inna. Wobec czego nie omieszkaliśmy spróbować skutera wodnego (60 dolarów za pół godziny) i paralotni (90 dolarów za dwie osoby). A wszystkie te rozrywki miały miejsce na jednej z najpiękniejszych plaż na całych Karaibach – Orient Bay. To najdłuższa plaża wysypy, z pięknym białym piaskiem oraz m.in. pomnikiem Buddy, przy którym swobodnie można było się położyć. I to pod palmą! Oczywiście można było również skorzystać z płatnych leżaków (7 dolarów za cały dzień), a lokalni sprzedawcy co chwilę starali się wcisnąć jakąś tandetę. Nie wspominając już o zawrotnej cenie jedzenia (13 dolarów za hamburgera). Dlatego jeżeli chcecie wydać krocie ta plaża jest na to idealnym miejscem!

Co ciekawe, Orient Bay to jedna z niewielu plaż na wyspie, gdzie można opalać się topless. Niestety amatorom pięknych kobiecych biustów muszę zepsuć humor, ponieważ jak wiadomo próżno tam szukać szukać zgrabnych, młodych dziewczyn pokazujących swoje wdzięki. Zamiast nich królują tam panie w wieku emerytalnym.

Paryski klimat nas nie opuszczał nawet na drugim końcu świata, ponieważ Orient Bay należy do francuskiej strony wyspy. Od razu można było to poznać po obsłudze w wypożyczalni, z której wzięliśmy skuter wodny. Oddając kapoki po wodnym szaleństwie Francuz-właściciel nawet nie przestał na moment rozmawiać przez telefon, wprowadzając nas w lekkie zakłopotanie, bo trudno mu się tak po budce panoszyć. Taki klimat.

Orient Bay oprócz wszelakich możliwości wydawania pieniędzy oferowała także wielką frajdę – niesamowite fale, na których bawili się i młodzi i starsi. Co jak co, ale ciepła woda wyzwalała w ludziach małe dziecko. W powietrzu słychać było radosne pokrzykiwanie ludzi, bez względu na ich wiek czy narodowość. To jeszcze jedna fala, i jeszcze jedna, i…

plaza

Lotnisko

St Maarten słynie ze swojego malowniczego lotniska, którego pas startowy kończy się na plaży Maho. Dla spotterów to miejsce koniecznie do zobaczenia. Ryk silników odrzutowych, pęd powietrza odpalającego samolotu robiły niesamowite wrażenie. Cóż, nie każdy może mieć zdjęcie tuż pod lądującym boeingiem 747. A swoją drogą, pewnie niewiele jest miejsc na świecie, gdzie można podejść aż tak blisko pasa startowego. Było warto! Uwaga: to wciąga!

Are you on your honeymoon, sweetie?

Malowniczy obrazek St Maarten dopełniali jej mieszkańcy – otwarci, uśmiechnięci i przyjaźni. Stuningowany samochód z wielkimi, chromowanymi felgami, z karoserią w każdym możliwym kolorze był podstawą lansu na wyspie. Panowie oczywiście chodzili w luźnych spodniach i dredach na głowie, a panie w tipsach długich na 10 centymetrów podkreślającymi ich barwny strój. Sztuczne paznokcie obowiązkowo zdobiły dłonie wszystkich kobiet począwszy od pań taksówkarzy, poprzez policjantki, a skończywszy na farmaceutkach. Kolor tryskał nie tylko z paznokci, ale nawet z elewacji domów. Kicz oraz frywolność w przestrzeni idealnie wpisywały się w klimat miejsca. Muszę przyznać, że miało to swój urok.

zatoka

Niestety jako mieszkanka hotelu niewiele mogę powiedzieć na temat tamtejszej kultury. Prawda jest taka, że miejsca dla turystów są miejscami dla turystów, a poza nimi nie radziłabym się wybierać na romantyczne spacery. Nawet nie dlatego, że jest niebezpiecznie, tylko dlatego, że to po prostu nie są miejsca dla przyjezdnych. Dało się wyczuć, w które zakątki wyspy nie należało się kierować. Gdy przez przypadek zjechaliśmy z głównej drogi i wjechaliśmy w jakąś mniejszą wioskę nie sprawiała ona wrażenia miejsca dla turystów – niesprawne samochody, opony porozrzucane na podwórkach, niezadbane ogródki i zniszczone ogrodzenia. Wzrok miejscowych lustrujących nasz samochód sugerował, żebyśmy się powoli stamtąd przetransportowali w inne miejsce. I tak też zrobiliśmy.

Natomiast w codziennych sytuacjach miejscowi zarażali swoją otwartością i optymizmem. Bez uśmiechu na twarzy nie można było załatwić najmniejszej sprawy. Ich motto to najpierw uśmiech, potem interesy. Myślę, że tym zaskarbiają sobie sympatię Europejczyków, którzy naburmuszeni przyjeżdżają naładować baterie. A ich uśmiech pleni się, któremu wtóruje natura i wszechobecna muzyka.

Jedyne, z czym mieliśmy problem to zrozumienie mieszkańców St Marteen, ponieważ nie mówią oni czystym angielskim tylko jego lokalną odmianą wywodzącą się z Creole, a mianowicie Patois. Będąc przyzwyczajonym do pięknego brytyjskiego received pronounciation było mi dość ciężko przestawić się na inną wersję angielskiego. Bo nie jest tak, jak uczą nas w szkole i na studiach, że jedynym słusznym akcentem jest akcent brytyjski, a najlepiej tylko ten królowej. Angielski ma wiele barw, a ta karaibska jest wyjątkowa – Patois odzwierciedla historię ludzi, którzy zostali wyrwani ze swojego miejsca na świecie i siłą przeniesieni w obce miejsce, pełne obcych ludzi i języków. Patois to znak cierpienia i bólu tych ludzi, który rozbrzmiewa do tej pory.

St Maarten to idealne miejsce na wybyczenie się. Nie ma tam ani perełek architektury, ani dawnych i współczesnych miejsc świętych, które mogłyby przyciągać tabuny turystów szaleńczo biegających od jednej atrakcji do następnej. Jest to miejsce, gdzie zapomina się o rzeczywistości, i gdzie po kilku dniach człowiek zaczyna się zastanawiać, czy nie kupiłby tutaj domu na starość.

zima

Protips: