Pustynia Mojave – w drodze do Las Vegas

poniedziałek, 25.04.2016

Szymon siedzi za kierownicą, gdy pędzimy naszą czerwoną strzałą po autostradzie numer 58 w zachodniej części Kalifornii. Jest marzec, wiosna w pełni. Łagodne pagórki oblane są soczystą zielenią, a wśród traw kołyszą się kolorowe polne kwiaty. Duża zmiana po miesiącach oglądania spalonych pól. Pustynia Mojave przed nami.

Flowers

Alternatywne źródła energii

Wieje. Wiatr spycha nasz samochód z pasa, więc Szymon delikatnie koryguje tor jazdy. Jesteśmy na krańcu Doliny Centralnej i zbliżamy się do masywu gór Tehachapi. Delikatne kontury kalifornijskich wzgórz kojarzą mi się z falującym krajobrazem Toskanii.

polana

Gdy wyjeżdżamy zza zakrętu, pojawiają się przed nami jałowe zbocza obsadzone wiatrakami jak wykałaczki wbite w górę. Tysiące turbin kręcą się w rytm podmuchów wiatru osiągającego prędkość nawet do 9 m/s. Ten stały wiatr znad pustyni Mojave, kieruje się w stronę Doliny Centralnej, spowodował, że właśnie tutaj powstała jedna z pierwszych elektrowni wiatrowych wybudowanych na szeroką skalę. Produkuje ona prądu dla prawie trzystu pięćdziesięciu tysięcy gospodarstw.

Wind turbines

Amerykanizacja w drodze

Objeżdżamy górę z wiatrakami od lewej strony. Za zakrętem nasz mały samochód obejmuje niekończąca się przestrzeń, przerwana jedynie przez prostą drogę jak z amerykańskich filmów drogi. Monotonię krajobrazu postanawiam przerwać muzyką, którą przygotowałam na tę okazję. Wciskam play. Cisza. Wciskam kolejny raz. Nic. Nasze radio nie podejmuje się wyzwania odtworzenia empetrójek, więc skazani jesteśmy na radio satelitarne. Z głośników wydobywa się muzyka country.

– Mamy prawdziwie amerykańską wycieczkę. Góry, przestrzeń, i piosenka o kurczaku i niebieskich jeansach (posłuchajcie sobie tej piosenki na YouTube: klik) – mówię do Szymona.
– W sumie to ta muzyka nawet pasuje do całego klimatu. Dobrze się słucha. – odpowiada.

Przed nami jeszcze cztery godziny podróży przez pustkowie zanim dojedziemy do Las Vegas.

pickup

Pustynia Mojave w trzech słowach

Pustynia Mojave rozciąga się na cztery stany: Kalifornię, Nevadę, Utah i Arizonę. Gdyby przyrównać ją do Polski to zajęłaby co najmniej osiem województw.  Jest trochę jak kieleckie: wieje, nic nie ma i płasko przez większość czasu. Daje pustką także wśród wielu opuszczonych miast-duchów. A ponieważ nie ma tam zbyt wielu źródeł światła, najciemniejsze niebo w USA można podziwiać na tej pustyni. I gdzieś pośrodku znajduje się amerykańska baza wojskowa Fort Irwin, gdzie żołnierze ćwiczą w najbardziej ekstremalnych warunkach.

samoloty

Mijamy przestrzeń pełną żwiru i piachu. Z ziemi gdzieniegdzie wyrastają drzewa Joszuego (tak nazywają się po polsku Joshua trees). Gdy widzicie te drzewa, możecie strzelać w ciemno, że przed Wami pustynia Mojave, bo rosną one tylko tutaj. Czuję jak moja skóra na twarzy napina się od suchego powietrza. Kremu nawilżającego potrzeba!

World's tallest thermometer next to Chevron sign.

World’s tallest thermometer next to Chevron sign.

Po krótkiej, lecz intensywnej przygodzie z country, nastawiamy radio na 998 AM, gdzie podają informacje dla turystów i przejezdnych.

– Rezerwat przyrody Mojave to wyjątkowe miejsce. – mówi spiker. – Jest w nim dużo więcej atrakcji niż widać na pierwszy rzut oka. Możecie zatrzymać się na polach namiotowych Hole-in-the-Wall lub Mid Hills. Pamiętajcie, żeby wcześniej zatankować swój pojazd i aby zapewnić sobie odpowiednią ilość wody, bo najbliższy sklep może znajdować się 50 mil od was.

Pięknie. A my mamy tylko dwie półlitrowe butelki wody i kubek kawy.

Elvis wiecznie żywy

Wysoki na cztery piętra owalny neon dominuje nad płaską okolicą. Głosi: Peggy Sue’s 50’s Dinner – 30 minutes. Mój żołądek wydaje z siebie głodne bulgoty, więc najwyższy czas na przerwę.

Kurz wzbija się z szutrowej drogi, gdy podjeżdżamy pod dinera. Zatrzaskujemy drzwi. Wiatr chce nas zdmuchnąć, a słońce oślepić swoimi promieniami. Wskakujemy w kurtki przeciwwiatrowe i ozdabiamy nasze oczy okularami przeciwsłonecznymi.

Wchodzimy. Ameryka lat 50-tych wita nas wraz z Elvisem przepowiadającym przyszłość za 50 centów. W pierwszej sali przy oknach ustawione są klasyczne amerykańskie ławki obite skórą. Naprzeciwko stoi długi bar, przy którym jedzą goście. W następnej sali w rogu stoi rzeźba Elivsa. Na seledynowo-majtkowo-różowych ścianach wiszą fotografie znanych amerykańskich aktorów. Skrawki wolnego miejsca na ścianach ozdabiają jaskrawe neony z nazwą restauracji. Z szafy grającej leci Johnny Be Good Chucka Berry’ego.

elvis

Siadamy przy barze na czerwonych stołkach barowych. Za barem stoi przedziwna maszyna do robienia tutejszych milkshake’ów, czyli lodów zmieszanych ze śmietaną. Za trzy minuty podchodzi do nas kelnerka ubrana w zielono-różowy strój z czepkiem na głowie.

What can I get for you, honey? – pyta kelnerka.
– Poprosimy o hamburgera z frytkami i sałatkę.

A ja modlę się, żeby jedzenie było dobre.

Osobiście nie jestem fanką amerykańskiej kuchni. Mój żołądek nie polubił się z burgerami i frytkami obciekającymi tłuszczem i pokrytymi warstwą soli. Ale Peggy Sue’s oferuje coś zupełnie innego.

Kelnerka postawiła przed nami talerze pełne pomidorów, sałaty i colesława. Bułka, która miękko otula hamburgera przypomina prawdziwą bułkę. Mięso rumiane, idealnie wysmażone i względnie chude. Ogórki piklowane wypadają nam na talerze. Może nie są to hamburgery z Beef Burgera na Warszauera, ale są najlepsze sposród tych, które do tej pory jedliśmy. Po chwili szczęścia w gębie zerkamy nieśmiało na maszyny do milkshake’ów. Musimy spróbować! A teraz wyobraźcie sobie kubek cukru wymieszany z kubkiem śmietany. Tak mniej więcej to smakowało.

pani

Las Vegas tuż, tuż

Asfalt wydaje się nie mieć końca. Promienie słoneczne ogrzewają moje kolana przez przednią szybę samochodu. Małe miasteczka pośrodku niczego (tak, nie mogę nic innego wymyśleć, bo to po prostu jest pośrodku niczego) służą jako postój dla kierowców.

Train on Mojave

Ciąg błyszczących ciężarówek jedzie do i z Las Vegas. Mijamy miejsca o osobliwych nazwach np. Zzyx (!), rozległe pola kamieni, po których szaleje wiatr. Na pustynnym horyzoncie zarysowują się góry pokryte szczeciną trawy. Jak są daleko, Bóg raczy wiedzieć. Na pustyni ciężko ocenić odległość, o czym pisałam w notce o Death Valley. Robi się ciemno. Zanosi się na deszcz.

Staczamy się w dół z jednego ze wzniesień. Zapach spalenizny wypełnia wnętrze samochodu. Zatrzymujemy się na poboczu.
– To hamulce. – mówi Szymon. Trzeba podjechać do mechanika jak wrócimy.

Klops. Ale gdy tylko podnoszę wzrok uderza mnie widok rozległej srebrzystej tafli i kilku czarnych masztów.

elektrownia

To elektrownia słoneczna Ivanpah, jedna z największych takich elektrowni na świecie (sprawdź na mapie satelitarnej). Tysiąc sześćset hektarów pustyni pokrywa trzysta tysięcy luster. Trzy sektory dzielą ten obszar. W każdym sektorze stoi słup wysoki na sto trzydzieści siedem metrów ze zbiornikiem wodnym na górze. Promienie słoneczne odbijają się do luster i trafiają w zbiornik, podnosząc temperaturę wody do wrzenia. Powstała para napędza turbiny i w taki oto sposób powstaje prąd dla stu czterdziestu tysięcy domów. Technologia!

Towers of Ivanpah Solar Power Facility.

Towers of Ivanpah Solar Power Facility.

Pustynia Mojave to także granica z Nevadą, którą błyskawicznie przekraczamy. Już z daleka razi nas złoty kloc odbijający promienie słoneczne. To piętnastopiętrowe kasyno z kolejką górską i centrum handlowym nieopodal. Ale o tym w następnym odcinku.

 

A jeżeli chcecie poczytać o roadtripie po zachodnich stanach USA, taki artykuł znajdziecie tutaj: Roadtrip po zachodnich Stanach cz. 1


Co myślicie o nowoczesnej elektrowni słonecznej? Jakie macie wrażenia z pobytu na pustyni? Podzielcie się w komentarzach pod powiązanymi!

Podobał Ci się artykuł?

Pobierz go jako PDF!